Biały orzeł kontra czarny byk: Ta ostatnia minuta

Autor: Maciej Kanczak

„«Sto tysięcy ludzi jest teraz na trybunach, a 40 milionów Polaków przed telewizorami. No i te misie z PZPN. Sto tysięcy Hiszpanów plus misie kontra 40 milionów Polaków. Tymi Polakami jesteśmy my. My ich reprezentujemy, my będziemy dziś decydować o wszystkim. Karty są w naszych rękach. Król Hiszpanii nawet przyszedł. Jeszcze nie wie, że mamy zamiar opier… tych frajerów. Tak, Kowal? Co z nimi zrobimy?» — pytał Wójcik. «Oczywiście opier…!» — odpowiedziałem z uśmiechem.” — tak o finale Igrzysk Olimpijskich w 1992 roku pisał Wojciech Kowalczyk w swojej książce pt. „Kowal. Prawdziwa historia”. To do dziś najważniejszy w naszej historii pojedynek z Hiszpanią, które od tego numeru „¡Olé!” będziemy Państwu przedstawiać.

Mało kto wierzył, że młodzieżowa reprezentacja Polski, dowodzona przez Janusza Wójcika, będzie w stanie dojść aż do finału turnieju w Barcelonie. Ćwierćfinał był w naszym zasięgu, gdyż w fazie grupowej, poza Włochami, nie mieliśmy zbyt wymagających rywali (Kuwejt i USA), ale o decydującym boju o złoto raczej nikt nie marzył. Tymczasem dzięki pierwszemu miejscu w grupie A, biało-czerwoni najpierw trafili na Katar, a później na Australię. Grzechem byłoby nie wykorzystać tak idealnej drabinki, stąd też 8 sierpnia 1992 stanęliśmy na Camp Nou
naprzeciw gospodarzy IO, Hiszpanów. Oto jak wielki finał z młodymi zawodnikami „La Furia Roja” wspominają uczestnicy tamtego wydarzenia.

Hiszpania strzela każdemu

„Najgorsze było oczekiwanie na pierwszy gwizdek” — dzieli się swoimi spostrzeżeniami z „¡Olé!” napastnik reprezentacji Polski, Andrzej Juskowiak. „Finał najchętniej rozpoczęlibyśmy zaraz po zwycięskim półfinale z Australią, tak byliśmy pewni swoich umiejętności”. „Chociaż mecz z Hiszpanią odbywał się 21 lat temu, pamiętam jakby to było wczoraj” — dodaje pomocnik Andrzej Kobylański. Tylko opiekun naszej drużyny narodowej, Janusz Wójcik przyznaje, że niespecjalnie emocjonował się przed rozpoczęciem spotkania. „Traktowałem to starcie jak każde inne. Ogrywaliśmy wtedy wszystkich, więc uważałem, że w batalii o złoto nie powinno być inaczej. To, że to wielki finał, akurat dla mnie nie miało żadnego znaczenia” — mówi w swoim stylu popularny Wójt.

Jasnym jednak było, że rywale Polaków z fazy pucharowej nijak mają się klasą do drużyny Vicente Meiry. Hiszpanie w drodze do decydującego meczu odnieśli komplet zwycięstw, nie tracąc żadnej bramki. Poza tym w swoim składzie już mieli piłkarzy światowej sławy, takich jak Luis Enrique czy Josep Guardiola. Jaki plan Wójcik miał na zneutralizowanie najmocniejszych stron finałowego przeciwnika? „Żona siedzi blisko, więc nie mogę mówić głośno, ale generalnie chcieliśmy ich opier…., jak całą resztę przeciwników na olimpiadzie” — polski szkoleniowiec nie owija w bawełnę. „Mówiąc już jednak poważnie, naszym głównym celem było wygranie walki w środku pola, gdyż Hiszpania miała bardzo mocną drugą linię. Odpowiadać za to miał Marcin Jałocha, a później pomóc miał mu Piotr Świerczewski. Niestety, Jałocha doznał kontuzji w 57. minucie i Świr zamiast go wspomóc, musiał go zmienić. Szkoda, gdyż gdybym obu tych graczy miał w drugiej połowie do dyspozycji, rywale mieliby więcej problemów”.

Juskowiak z kolei dodaje: „Trener Wójcik stawiał sprawę jasno — Hiszpanie są w stanie strzelić gola każdemu, więc my musimy ich uprzedzić. Najważniejsze w naszym przypadku były więc umiejętnie i szybko wyprowadzane kontry, gdyż to gospodarze IO mieli od początku kreować grę. Byliśmy w stanie te założenia zrealizować, ponieważ graliśmy ze sobą od dłuższego czasu i w taki sposób wygrywaliśmy większość meczów. Jedynym problemem mógł być fakt, że za żółte kartki musiał pauzować Dariusz Adamczuk, który występował w kadrze od samego początku igrzysk”. Pomocnika Pogoni Szczecin w podstawowej jedenastce zastępował w finale Andrzej Kobylański. „Faktycznie tak było, ale nie odczuwałem z tego powodu żadnych nerwów ani kompleksów. Cieszyłem się, że dostałem szansę występu w tak ważnym meczu i chciałem zrobić wszystko, żeby pomóc kolegom w zdobyciu złota” — wyznaje.

Wałęsa bał się ETA

Punktualnie o 20.00, kolumbijski sędzia José Torres Cadena zagwizdał po raz pierwszy. Na trybunach Camp Nou zasiadło aż 95 tysięcy widzów, co kompletnie zaskoczyło organizatorów IO`92. Ani wcześniej, ani też później, żaden finał piłkarskiego turnieju na igrzyskach nie cieszył się takim
zainteresowaniem. Na katalońskim stadionie pojawiło się wielu przywódców z całego świata (był nawet Fidel Castro). Niestety, Polskę wśród polityków reprezentował tylko minister sportu, Aleksander Kwaśniewski. W Barcelonie nie pojawili się ani prezydent Lech Wałęsa, ani premier
Hanna Suchocka. „Wałęsa bał się przyjechać. Twierdził, że ETA planuje zamach w trakcie meczu finałowego, a on jest jednym z celów tej terrorystycznej organizacji” — przyznaje, z żalem w głosie Wójcik. Biało-czerwoni musieli więc sobie poradzić bez głowy państwa oraz z 95 tys. fanatycznych
kibiców, którzy byli głodni sukcesu swoich pupili.

To, co od razu rzuciło się w oczy zaraz po rozpoczęciu spotkania, to fakt, że hiszpański diabeł wcale nie okazał się taki straszny, jak go wcześniej malowano. „Od pierwszych minut mieliśmy mnóstwo sytuacji. Nie zdziwiło mnie to jednak, gdyż jak już wspominałem, lata gry w takim składzie zrobiły
swoje. Graliśmy krótko, wyprowadzaliśmy akcje dwoma, trzema podaniami, każdy znał swoje miejsce na boisku i wiedział co ma robić” — tłumaczy Juskowiak.

„Udany początek był w naszym przypadku możliwy, ponieważ nie przestraszyliśmy się rywali. Nie przerażała nas ani gigantyczna publika, ani światowej klasy piłkarze w składzie konkurentów. Wyszliśmy na boisko, żeby wygrać, więc żaden czynnik nie mógł na nas wpłynąć negatywnie” — wtrąca swoje trzy grosze Kobylański.

Do przerwy, po bramce Wojciecha Kowalczyka, Polska zasłużenie prowadziła 1:0. Faworyci jednak nie zamierzali się poddać i między 64. a 70. minutą strzelili dwa gole. „Po trafieniu Kowalczyka wydawało nam się, że jesteśmy mocni i w zasadzie nic złego nam się stanie. Tymczasem od początku drugiej połowy, Hiszpanie narzucili swój styl gry, przeprowadzili mnóstwo akcji w tempie dla nas nieosiągalnym. My tymczasem, w krytycznym dla nas momencie, mieliśmy problem z utrzymaniem się przy piłce i z grą jak najdalej od własnej bramki. Dodatkowo rywal dobrze rozpracował nasz sposób kontrataku, więc i to nie funkcjonowało już w naszej ekipie tak, jak powinno — analizuje nieporadność polskiej drużyny w drugiej części Jusko. „Jasnym było, że Hiszpania się nie podda po słabej pierwszej odsłonie i w kolejnej zaatakuje ze zdwojoną siłą. Nie robiliśmy jednak tragedii z tego, że roztrwoniliśmy naszą przewagę. Po drugim golu dla gospodarzy, do końca spotkania było jeszcze dwadzieścia minut i nikt z nas nie myślał, że to już koniec walki o złoto” — przyznaje Kobylański.

Tak też faktycznie się stało. Na gole Kiko i Abelardo, odpowiedzieliśmy strzałem Ryszarda Stańka w 76. minucie i zrobiło się 2:2. Od tego momentu poziom spotkania wyraźnie spadł. Obie ekipy, potwornie wymęczone tempem, jakie sobie narzuciły od samego początku, jakby czekały już na dogrywkę. „Gdy sędzia doliczył trzy minuty, kazałem już masażystom powoli szykować moich podopiecznych do dodatkowego czasu gry. Do zawodników na ławce rezerwowych powiedziałem z kolei, że już mamy Hiszpanów w garści i ten mecz na pewno wygramy” — wspomina Wójcik. Tymczasem…

Z pomocą Juana Carlosa

Dochodziła 92. minuta finałowej potyczki. W niegroźnej sytuacji, przy ataku Hiszpanów, Marek Koźmiński wybił piłkę poza boisko. Rzut rożny wykonywał Ferrer, po którego dośrodkowaniu futbolówka najpierw trafiła do Luisa Enrique. Co prawda strzał napastnika Realu Madryt został przez polskich obrońców zablokowany, ale dobitka Kiko trafiła już do bramki. „Gdy zobaczyłem piłkę w siatce, nogi aż mi się ugięły” — relacjonuje dramatyczną końcówkę Juskowiak i dodaje: „Ostatnie minuty w naszym wykonaniu były spokojne i wyrachowane. Nie było sensu atakować, Hiszpanie zresztą wychodzili z podobnego założenia. Mimo że mecz kosztował nas wiele wysiłku, fizycznie byliśmy gotowi do dogrywki i raczej podchodziliśmy do niej z optymizmem. Niestety, błąd w ustawieniu przy kornerze, a później niezdecydowanie w polu karnym zrobiły swoje.”

„Im bliżej było końcowego gwizdka, tym bardziej do naszej podświadomości docierał fakt, że dogrywka, a nawet rzuty karne, są nieuniknione. Nie wywoływało to jednak u nas żadnego strachu. Byliśmy gotowi na dalszą rywalizację. Nie było nam to jednak dane” — zauważa Kobylański. Wójcik z kolei dodaje: „Nie można zapominać, że na trybunach był wówczas sam król Juan Carlos. Był on talizmanem reprezentacji Hiszpanii, która podczas jego obecności na stadionie, zwykle wygrywała. I tym razem przyniósł on swojej drużynie szczęście”.

Żale Wójcika

Jak po latach olimpijczycy z Barcelony zapatrują się na srebro, wywalczone w 1992 roku? „Z początku górę wzięły emocje. Byliśmy na siebie źli, że przegraliśmy, będąc tak blisko sukcesu. Dopiero potem do nas doszło, że tak naprawdę niewiele zespołów może się poszczycić medalem olimpijskim” — przyznaje Juskowiak. „Oczywiście bezpośrednio po meczu dominował smutek, natomiast tak naprawdę nikt przed rozpoczęciem IO nie liczył, że zajdziemy aż tak daleko. W finale daliśmy z siebie wszystko. Na Hiszpanię to jednak nie wystarczyło” — mówi Kobylański. Obaj piłkarze wyznali „¡Olé!”, którzy z podopiecznych Meiry zrobili na nich największe wrażenie.

Juskowiak nie krył podziwu dla gry Pepa Guardioli: „Już wówczas, w wieku 21 lat, był piłkarzem wybitnym. Imponował przeglądem pola, wizją gry, umiejętnością właściwego wyboru w każdej sytuacji. Zawsze miał przygotowanych kilka wariantów rozegrania akcji. Gdy jego koledzy nie wiedzieli co zrobić z piłką, zawsze oddawali ją Pepowi. Patrzenie na jego grę było prawdziwą przyjemnością”. Kobylańskiego z kolei zachwycił Albert Ferrer: „Graliśmy po tej samej stronie, więc stoczyłem z nim wiele pojedynków. Pamiętam, że miał fantastyczną wydolność. Biegał z taką samą szybkością, zarówno na początku, jak i na końcu spotkania, będąc motorem napędowym większości akcji Hiszpanów. Nic dziwnego, że trafił później do Chelsea” — przyznaje.

Wójcik z kolei wciąż żałuje, że los tak nieszczęśliwie się ułożył, że razem nie mogli zagrać Jałocha i Świerczewski. „Gdybym miał ich obu do dyspozycji, Hiszpanie w tym meczu naprawdę nie mieliby nic do powiedzenia” — kończy.


8 sierpnia 1992, godz. 20.00, Barcelona, Camp Nou, finał Igrzysk Olimpijskich 1992
HISZPANIA — POLSKA 3:2 (0:1)

Bramki: Abelardo (64.), Kiko (71., 90.) — Kowalczyk (45.), Staniek (76.)
Sędziował: José Torres Cadena (Kolumbia)
Widzów: 95 tysięcy

Hiszpania: Toni — Ferrer, Lasa Goicoechea (51. Amavisca), Solozábal, Juanma — Luis
Enrique, Guardiola, Abelardo, Berges — Kiko, Alfonso. Trener: Vicente Miera.

Polska: Kłak — Wałdoch, Łapiński, Koźmiński — Staniek, Brzęczek, Gęsior, Kobylański, Jałocha
(57. Świerczewski) — Juskowiak, Kowalczyk. Trener: Janusz Wójcik.

License

¡Olé! Magazyn - Numer 2/2013 Copyright © 2013 by ¡Olé! Magazyn. All Rights Reserved.

Feedback/Errata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *