Czas trenerów

Autor: Marcin Serocki

Hiszpania piłkarzy miała od zawsze. A przynajmniej od momentu, w którym świadomie zacząłem rejestrować przebieg wydarzeń emitowanych przez odbiornik, na ekranie którego, tak często jak tylko to było wówczas możliwe, wyświetlano piłkarskie pojedynki. Widziałem Mistrzostwa Świata we Francji i kolektyw, na którego czele stali brylujący wówczas Raúl, Etxeberria czy Luis Enrique. Oglądałem drużynę, która z czasem się przeobrażała, a w jej szeregi wchodzili tacy wirtuozi jak Valerón, Mendieta, Guardiola, a w późniejszym okresie także Vicente, Joaquín, Xavi. Długo by wymieniać. Zawodnicy się zmieniali, jedno nie: przez lata nikt tego grona indywidualności nie był w stanie ujarzmić i doprowadzić do sukcesów, a ja zachodziłem w głowę, jak to w ogóle możliwe. Dziś już wiemy, że ta historia zakończyła się happy endem. Luis Aragonés i Vicente Del Bosque wydobyli drzemiący w La Furia Roja potencjał i zaprowadzili reprezentację na sam szczyt, dając przykład, że nie samymi piłkarzami Hiszpania stoi. Tezę tę starają się potwierdzić w tym sezonie opiekunowie drużyn ligowych.

TRENER-MACGYVER

Łatwo jest być dobrym trenerem, gdy klub dotowany jest milionami od katarskich krezusów, a warianty na kolejne spotkania można przygotowywać na imponujących obiektach treningowych z bogatą infrastrukturą. Co jednak, gdy tego nie ma? Wtedy trzeba sobie radzić inaczej.

Francisco „Paco” Jémez Martín

PacoPaco Jémez niepowodzenia, jakich doświadczała kadra na przełomie wieków, odczuł na własnej skórze. Sam był członkiem La Selección, która nie zachwyciła na EURO 2000. Czy ta klęska miała jakiś wpływ na ukształtowanie jego osoby jako trenera? Tego nie wiadomo. Generalnie, konia z rzędem dla osoby, która wie, skąd się takie oryginały jak były opiekun Córdoby biorą.

Gra wysokim pressingiem przeciwko Barcelonie? Nie widzę przeciwwskazań. Przejście na system z trzema napastnikami, gdy trzeba strzelić gola? Ależ czemu nie. Podwójna niewymuszona zmiana w 16. minucie spotkania? Widocznie sytuacja tego wymagała. Styl Paco to szaleństwo, ale w tym szaleństwie jest metoda. Pochodzący z Wysp Kanaryjskich trener nie gwarantuje trzech punktów, nie gwarantuje utrzymania w lidze, nie gwarantuje, że jego drużyna nie będzie traciła bramek. Zapewnia widowisko, a wszystkie inne korzyści to przyjemny efekt uboczny.

Byłego trenera Córdoby w Madrycie przywitała tabula rasa. Rayo utrzymało się w lidze w cudownych okolicznościach, ale niezwykłe momenty z końcówki sezonu 11/12 nie zostały wykorzystane jako fundament do skonstruowania drużyny na następne rozgrywki. Niezbędnym budulcem w świecie współczesnej piłki jest bowiem pieniądz, a ten na Vallecas jest towarem deficytowym. Z klubem pożegnali się m.in. Michu, Diego Costa, Movilla, Armenteros, Arribas. O klasie tych zawodników niech świadczy fakt, że każdy z nich w nowej ekipie stał się graczem podstawowego składu. Francisco nie zraził się tym, stworzył nowy projekt, w którym młodzieńcza fantazja Léo Baptistão, Lassa Bangoury czy Jordiego Amata (ach to golazo z Valladolid!) połączył z zastępem panów z większym stażem, którym jednak wyobraźnia wciąż podsuwa nieprawdopodobne pomysły. Piti, Trashorras czy Javi Fuego odżyli na nowo. Efekt przerósł oczekiwania nawet największych optymistów, stąd ósmą lokatę Bukaneros świętowali z nie mniejszym namaszczeniem niż ubiegłoroczne utrzymanie.

Jémez, oprócz niezaprzeczalnych umiejętności szkoleniowych i motywacyjnych, ma jeszcze jedną, niezwiązaną bezpośrednio z futbolem zaletę — znakomicie się ubiera. Jeśli ktoś zwraca uwagę na takie szczegóły i płakał po odejściu Pepa Guardioli, to radzimy otrzeć łzy. Urodzony w Las Palmas trener bije pod tym względem Katalończyka na głowę. Niby nie szata zdobi człowieka, ale czy barwna postać Jémeza byłaby tak autentyczna, gdyby paradował w dresie? Nie sądzę.

José „Pepe” Mel Pérez

MelJeśli Paco to typ stawiający na fantazję, polot, żywioł, to były trener Vallecanos, a obecnie człowiek odpowiedzialny za grę Betisu, Pepe Mel, jest uosobieniem wszelkich przeciwieństw tych cech. Jego piłkarska filozofia oparta jest na prostocie i pragmatyzmie. Kierując się tymi wartościami ustalił jasne zasady funkcjonowania drużyny, którym pokornie podporządkowali się jego podopieczni. Nic w tym dziwnego. Trener Béticos nie wartościuje umiejętności swoich zawodników, nie dzieli ich na gorszych i lepszych. Jedyne kryterium stanowi przydatność, rozumiana w konkretny, a nie abstrakcyjny sposób. Szkoleniowiec Verdiblancos ocenia pożyteczność poszczególnych piłkarzy w odniesieniu do obranej taktyki i rywala, z jakim przyjdzie się mierzyć jego graczom. To, że Rubén Castro zagra z Granadą fantastyczne spotkanie, strzeli dwa gole i dołoży tyleż samo asyst, jest dla jego zwierzchnika jedynie sygnałem, że napastnik znajduje się w doskonałej formie. To, czy będzie idealnym wyborem na pojedynek derbowy, rozstrzyga się dopiero w następnych dniach, w trakcie analizy stylu gry kolejnego oponenta.

Najbardziej skrajną postawę Mel prezentuje jednak w swoim podejściu do treningów. Dla byłego snajpera Betisu, Getafe i Granady zajęcia przygotowujące jego podopiecznych do kolejnego spotkania to nic innego jak symulacja boiskowych wydarzeń. Zajęcia bez piłki, wyprawy w góry to dla niego marnotrawienie czasu, który można przecież spożytkować na wytrenowanie wszelkich możliwych wariantów gry, pozwalających skutecznie stawiać czoła kolejnym adwersarzom w każdej sytuacji.

Jego prostolinijność doskonale wpisuje się w charakter środowiska, w jakim przyszło mu pracować. Pepe Mel skraca dystans, nie tylko między sobą a piłkarzami. Zbliża do siebie także kibiców. Andaluzyjczykom łatwiej identyfikować się z facetem myślącym jak oni, niż z bujającym w obłokach bufonem, który pozjadał wszystkie rozumy. Mel odlatuje w krainę fantazji tylko, gdy poświęca się swojemu hobby — pisaniu książek i, jak sam zaznacza, robi to tylko po to, by szukać wyłącznie realnych pomysłów na zatrzymanie Cristiano Ronaldo. Dlatego nawet w chwilach kryzysu cieszy się zaufaniem, o którym 99% kolegów po fachu może tylko pomarzyć i dlatego ze swoimi Béticos stawia milowe kroki. Dwa lata po powrocie do Primera, klub dostąpi zaszczytu gry w Europie.

Miroslav Đukić

ĐukićSerb miał w tym sezonie coś do udowodnienia. Nie tylko tym, którzy wątpili w to, że zakwalifikowany do rozgrywek jako ostatni beniaminek, zdoła zadomowić się w hiszpańskiej elicie na dłużej, ale także tym, którzy wyżej od warsztatu urodzonego w Šabacu szkoleniowca ocenili umiejętności Mauricio Pellegrino i to Argentyńczykowi przed rozpoczęciem nowego sezonu zdecydowali się powierzyć dużo bardziej prestiżowe stanowisko trenera Valencii. Były szkoleniowiec Partizana Belgrad zakasał rękawy i zabrał się za budowanie fortecy, która zdoła ocalić pierwszą ligę dla Valladolid. Zadanie nie było łatwe, ale bazując na skromnym budżecie (24 milionów euro przy 70 milionach długu), były piłkarz Los Ches poradził sobie nadzwyczaj dobrze, bijąc na głowę drużyny, które w poprzedniej temporadzie okazały się być lepsze w walce o powrót do Primera División.

Serbowie to na pozór spokojna nacja, którą wystarczy jednak tylko lekko poirytować, by rozpętało się piekło. Đukić jest uosobieniem tych narodowych cech. Co do zasady imponował opanowaniem, spokojnie przechadzając się w trakcie spotkań przy linii bocznej boiska. Gdy jednak sprawy wymykały się spod kontroli na skutek licznych sędziowskich omyłek, w tyczkowatym szkoleniowcu budził się demon. Tak było podczas spotkania z Atlético Madryt. Wyrzucony wówczas na trybuny dwukrotny finalista Ligi Mistrzów nie szczędził gorzkich słów pod adresem arbitrów twierdząc, że rozjemcy spotkania przegapili moment śmierci generała Franco i zachowują się, jakby dyktator wciąż rządził. Đukić dał się też ponieść emocjom, gdy doszły do niego informacje o tajnych negocjacjach Patricka Eberta z José Luisem Pérezem Caminero. „Jeśli Ebert będzie grał tak jak z Osasuną, nikt nie będzie chciał go kupić. Ci, którzy myślą, że są już Xavim czy Iniestą, są w błędzie” — grzmiał w trakcie konferencji prasowej. Poskutkowało. Temat transferu Niemca nie wrócił już do końca rozgrywek, relacje między panami się ociepliły, a wszystko to z korzyścią dla Los Pucelas, którzy zapewnili sobie ligowy byt na kilka kolejek przed końcem.

Đukić perfekcyjnie zaszczepił swoją osobowość podopiecznym, którzy znając swe słabości, skutecznie unikali kompromitujących rezultatów, dzielnie stawiając czoła nawet tym największym. Stać ich też było na chwile uniesień jak wtedy, gdy roznieśli skądinąd rewelacyjne Rayo, wygrywając aż 6:1. Dzięki temu Serb upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu: utrzymał w lidze skazywany na pożarcie Real Valladolid i zapracował sobie na wymarzone stanowisko szkoleniowca Valencii, której to szefowie, osieroceni przez Ernesto Valverde, natychmiast zwrócili się z ofertą pracy do swojego byłego zawodnika, przyznając się tym samym do popełnionego rok wcześniej błędu.

TRENER-UZDROWICIEL

Zdarza się, że w drużynie tkwi potencjał, ale skutecznie starają się go tłumić… główni decydenci klubów, swymi absurdalnymi posunięciami rzucając pracownikom kłody pod nogi. Spokojnie, to nie jest powód do rozpaczania. Są jednostki, które nawet w takich warunkach potrafią zrobić wynik.

Diego Pablo Simeone

SimeoneSimeone jest 49. trenerem zatrudnionym przez obecne władze klubu z Vicente Calderón i trzeba przyznać, że robi wiele, by aktualni decydenci nie świętowali wkrótce okrągłego jubileuszu. Argentyńczyk przybył do drużyny, w której nie brakowało surowca do wznoszenia potęgi, ale plac budowy stał odłogiem. Atlético funkcjonowało w nieładzie i to zarówno na wyższych szczeblach (niesnaski między prezydentem klubu, Enrique Cerezo, a włodarzem klubu, Miguelem Ángelem Gilem), jak i na poziomie szatni. Cholo okazał się być lekiem na całe zło, a jego działania szybko zaczęły uzdrawiać klub w obu kierunkach. „Simeone zmienił naszą mentalność” — zaznacza Falcao. To samo powtórzyłyby władze klubu, gdyby stwierdzenie to nie brzmiało w ich ustach głupio.

Maksyma byłego reprezentanta Albicelestes jest prosta, ale bardzo treściwa — „znaj swoje ograniczenia”. W ślad za tymi słowami idzie inne, niewypowiedziane prawidło — „odnajdź swoje mocne strony i wykorzystaj je do cna”. Diego szybko zorientował się, że nie uzyska przewagi nad rywalami, jeśli jego drużyna wpisze się w schemat gry preferowany na Półwyspie Iberyjskim, oparty na posiadaniu piłki i niezliczonej liczbie podań. Dlatego statystyki Los Colchoneros w dwóch wskazanych wyżej elementach wyglądają absolutnie przeciętnie. Simeone się tym jednak nie zamartwia. Dla niego najistotniejsze jest to, co dzieje się pod bramką rywala, a liczby wskazują, że w tych rejonach ruchy Rojiblancos się zagęszczają i, co najistotniejsze, są efektywne. Atlético prezentuje futbol intensywny, fizyczny, a przy tym niepozbawiony charakterystycznej dla Hiszpanów maestrii, którą zapewniają Koke i Arda Turan. Projekt Cholo się rozwija, ale nie jest to eksperyment zamknięty w laboratoryjnych gabinetach. Efekty jego pracy są doskonale widoczne i trudno nie doceniać ich rangi. Liga Europy, bezczelne wdarcie się do najściślejszej hiszpańskiej czołówki i sprzątniecie sprzed nosa Królewskim Pucharu Króla. Czas na podbój Ligi Mistrzów?

Manuel Pellegrini

PellegriniTam gdzie wyczerpała się fortuna szejka Abullaha Al Thaniego,zaczął się geniusz El Ingeniero. Chilijski szkoleniowiec doskonałe rezultaty osiągał już w sezonie 11/12, kwalifikując Málagę do Champions League już w pierwszym roku pracy. Wtedy jednak andaluzyjski projekt prosperował, a Don Manuel miał do dyspozycji głośne nazwiska i wszyscy zastanawiali się, na jakie inwestycje porwie się właściciel klubu w momencie, w którym klub stanął u bram Europy.
Wkrótce idylla została brutalnie przerwana, a możliwości Pellegriniego mocno okrojone na skutek odejścia z klubu koordynatora działań ofensywnych, Santiago Cazorli i głównego egzekutora, Salomóna Rondóna. Pozostałych gwiazdorów w klubie zatrzymała prawdopodobnie tylko osoba szkoleniowca, którego wizji drużyny zaufali bezgranicznie.

I było warto, choć początki nie należały do najłatwiejszych. Uzupełniana naprędce drużyna musiała się czasem wspomagać zawodnikami totalnie anonimowymi. Tak było w przypadku siedemnastoletniego Fabrice’a Olingi, który zapewnił Malaguistas pierwsze trzy punkty w spotkaniu z Celtą. W dalszych tygodniach wszystko funkcjonowało według zasady „Im jest gorzej, tym gramy lepiej”. Informacja o karze nałożonej na Los Boquerones zbiegła się w czasie z awansem do fazy pucharowej w Lidze Mistrzów i imponującym tryumfem nad Realem Madryt.

Zachwycał Isco, drugą młodość przeżywał Joaquín, spokojem w destrukcji imponowali Toulalan, Demichelis czy Weligton, ale chyba nikt nie miał wątpliwości, kto jest ojcem sukcesu. Rozterek nie mieli z pewnością sympatycy klubu z La Rosaleda, którzy na cześć Inżyniera przygotowali specjalną przyśpiewkę, intonowaną przy okazji każdego spotkania.

Najlepszym probierzem szacunku, na jaki zapracował sobie w Máladze Chilijczyk, była ceremonia pożegnalna, jaką zafundowali mu podopieczni, kibice i rajcy, którzy nazywając jedną z ulic w pobliżu na jego cześć, zapewnili mu nieśmiertelność.

TRENER-STRAŻAK

Co, gdy wszystko się wali i pali? Wtedy sięga się po sprawdzone rozwiązania. Dwóch ostatnich jegomościów to nie debiutanci, nie eksperymenty, nie asy wyciągane z rękawa. To stare wygi, ludzie otrzaskani z trenerskim fachem, którzy wiedzą, jak sobie radzić w trudnych sytuacjach.

Ernesto Valverde

Ernesto ValverdeByły trener Olympiakosu na stanowisku menadżera Los Ches zastąpił Mauricio Pellegrino. Argentyńczyk sprawiał wrażenie sympatycznego gościa z pomysłami, który miał dobry kontakt z drużyną i niezłą prezencję. Tylko jedna, acz istotna rzecz przemawiała na jego niekorzyść — brak wyników. Cechą szczególną dowodzonej przez niego Valencii szybko stały się żenujące rezultaty osiągane na wyjazdach. Klub serwował w oświadczeniach głodne kawałki o kredycie zaufania. Do czasu. Klęska z Realem Sociedad wyczerpała cierpliwość fanów i zarządu. Ci pierwsi pomachali El Flaco białymi chusteczkami, ci drudzy wypowiedzeniem.

Na Mestalla przybył Txingurri, a wraz z nim natychmiast przyszły wyniki. W pierwszej kolejności nowy opiekun poskromił demony swego poprzednika, zwyciężając w spotkaniu wyjazdowym. Skromna wygrana z przeciętną Osasuną nie rzucała na kolana, ale dla samej drużyny była inspiracją na resztę rozgrywek. Nietoperzom wciąż zdarzały się wpadki jak porażki w kiepskim stylu z Realem czy Rayo, ale ich procent był coraz mniejszy i łatwiej je było przełknąć widząc, że na Mestalla powstaje prawdziwa drużyna.
A takową Valverde tworzył, przeprowadzając po cichu małą rewolucję. Nim się obejrzeliśmy środkowym obrońcą stał się Jérémy Mathieu (minęła kolejna chwila i stał się stoperem klasowym!). Można było przecierać oczy ze zdumienia widząc, z jaką wprawą z roli defensywnego pomocnika wywiązuje się Dani Parejo, dotychczas będący brzydkim kaczątkiem Los Ches, człapiącym bezradnie za ofensywnym duetem Soldado-Jonas. Txingurri zreformował nawet Andrésa Guardado, z wybitnie ofensywnego zawodnika czyniąc odpowiedzialnego bocznego obrońcę. Pod rządami finalisty Pucharu UEFA z sezonu 06/07 pewność siebie odzyskali João Pereira i Jonas, przez co obaj stali się graczami zdolnymi do przesądzania losów spotkania. W centrum swego autorskiego układu Ernesto umieścił Évera Banegę. Argentyńczyk, doceniony przez trenera z Viandar de la Vera, powróciwszy do pełni zdrowia, odpłacił się reżyserią gry najwyższych lotów.

Valverde nie wprowadził Los Ches do Ligi Mistrzów, a zaraz po ostatnim akcie temporady 12/13 postanowił czmychnąć z Walencji, najpewniej w kierunku Bilbao, gdzie przyjdzie mu gasić pożar dużo większych rozmiarów. Sympatycy walenckiej drużyny nie powinni mu jednak takiego pożegnania mieć za złe, bo dokonał wielkich rzeczy, a żadnych obietnic nie składał.

Javier Aguirre

AguirreO poczynaniach poprzednika Meksykanina, Mauricio Pochettino można by napisać wiele, ale najbardziej wymowny jest bilans drużyny dowodzonej wówczas przez Argentyńczyka: trzynaście kolejek i tylko dziewięć „oczek” na koncie. Obecny opiekun Southampton pogubił się w swych planach. Niezależnie od tego, czy była to wina jego, czy osób odpowiedzialnych za politykę kadrową, jedno było pewne — potrzebne są zmiany.

Z pracą pożegnał się Pochettino oraz dyrektor sportowy Ramón Planes. Stery w drużynie Los Pericos objął weteran, były szkoleniowiec Realu Saragossa, Atlético Madryt czy Osasuny, Javier Aguirre. Nowy trener postawił na sprawdzone rozwiązania, opierając drużynę na doświadczonych zawodnikach. Pierwsze skrzypce w drużynie grać zaczął Sergio García, do meczowej „jedenastki” powrócił Capdevila, a Simão Sabrosa, który był już na wylocie z Cornellà-El Prat ponownie zaczął angażować się w grę dla Papużek. Aguirre zmarginalizował przy tym rolę młodzieży, z której tak chętnie korzystał jego poprzednik, ale autorytet, jaki w krótkim czasie udało mu się zbudować wśród podopiecznych sprawił, że Samuele Longo czy Víctor Álvarez wciąż czuli się potrzebni.

Dzięki temu wszystkiemu Espanyol już w dziesięć kolejek po zmianie trenera mógł cieszyć się z bezpiecznej przewagi nad strefą spadkową. Drużyna Aguirre nie tylko radziła sobie z niżej notowanymi rywalami, ale potrafiła też napsuć krwi czołówce, ogrywając Málagę czy dwukrotnie remisując z Realem Madryt. Ekipa z Barcelony otarła się nawet o europejskie puchary, ale w kluczowych momentach walki o ten zaszczyt zabrakło koncentracji. El Vasco już po raz drugi udowodnił, że jest specem od sytuacji kryzysowych. Na Cornellà-El Prat liczą jednak na to, że tym razem Aguirre sprawdzi się także jako opcja długodystansowa.

Podobnym podsumowaniem można by objąć także Lucasa Alcaraza, Philippe’a Montaniera czy nawet Unaia Emery’ego, co potwierdza tylko nowy, wyraźny trend w hiszpańskiej piłce. Skończył się okres, w którym do tryumfów prowadziły indywidualne popisy. Teraz na pierwszy plan wysuwa się drużyna, a kluczem do sukcesu jest znalezienie fachowca, który nada jej kształt i nauczy grać tak, by potrafiła skracać dystans do ekip o większym potencjale kadrowym. Nadszedł czas trenerów.

License

¡Olé! Magazyn - Numer 2/2013 Copyright © 2013 by ¡Olé! Magazyn. All Rights Reserved.

Feedback/Errata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *