EL FUTBOLERO

Autor: Rafał Lebiedziński

Zaproponowałem, żeby mój pierwszy felieton na łamach Magazynu „¡Olé!” był podsumowaniem sezonu 12/13 w Primera División. Miałem do tego i prawo i, jak to się do niedawna zwykło mówić w PZPN, wystarczający materiał poglądowy. Minione rozgrywki La Liga były pierwszymi, które mogłem obserwować w całości, od kiedy w październiku 2011 zdecydowałem się zamienić Warszawę na Madryt. Z wielu względów, na stałe.

Gazety

Podsumować ostatni sezon w Hiszpanii? Zdaniem wielu ekspertów tutejszego futbolu — temat co najwyżej na marny dowcip. Krótko i trywialnie. Tak krótko, jak Real Madryt wytrzymał rywalizację z Barceloną o mistrzostwo. Cztery kolejki — tyle czasu wystarczyło, żeby po porażce z Sevillą, José Mourinho oznajmił światu, że „nie ma drużyny”. Miał rację. W połowie września skończył sie futbol, przez następne osiem miesięcy mówiło się już tylko o Mou, Casillasie, Mou, Villanowie, jeszcze raz o Mou i gdzieś w międzyczasie o Messim i Ronaldo. A piłka turlała się wzdłuż linii autowej, aż w ostatniej kolejce wpadła na boisko, i nas olśniło. Barça wyśrubowała najlepszy sezon ligowy w swojej 114-letniej historii — 100 punktów plus 115 goli. Rekord, za który jeszcze rok temu postawiono by Guardioli pomnik na Canaletas. 2 czerwca w głównym wydaniu „Telediario” mówiło się wyłącznie o Abidalu, o rekordzie i piętnastopunktowej przewadze nad drugim Realem, wspominać nie wypadało. Przez te ostatnie osiem miesięcy skutecznie wmówiono nam, że to była najsłabsza Barça od 2008 roku. Uwierzyliście? Uwierzyliśmy? Oto jak zapamiętałem ostatni piłkarski rok w Hiszpanii (kolejność przypadkowa, przymrużenie oka — celowe).

Javi Martínez, jeden z liderów Bayernu w majowym finale z Borussią Dortmund i dwóch półfinałach Ligi Mistrzów z Barceloną, najprawdopodobniej trzeci po Yaya Touré i Busquetsie najlepszy na świecie wysoki defensywny pomocnik, drugi po Davidzie Silvie transferowy strzał w stopę Realu Madryt za kadencji Florentino Péreza (Neymar Junior będzie trzecim?). Pamiętacie jak Javi w ciemnościach wrześniowej nocy wykonał skok Wałęsy przez płot w ośrodku treningowym Lezama? Nie chciał rozgłosu, blasku flaszy mediów, nie chciał też wyzwisk, zgniłych jaj i przebitych opon w odwecie kibiców Athletic Bilbao. Chciał tylko zabrać swoje rzeczy z klubowej szafki. Fernando Llorente tak sprytny nie był, nikomu tez nie przyszło do głowy, żeby za Fernando zapłacić 40 milionów euro. Odszedł za darmo do Juve.

Odchodzą tez inni, Palop, Valerón, pierwszoligowe „dinozaury” kończą wydawałoby się niekończące kariery na hiszpańskich boiskach, żegnają sie strzelby — Higuaín i Falcao. Pierwszy, bo choć uznawany za najwierniejszego obok Casillasa i Ramosa „madridistę”, to wciąż ze statystykami w Lidze Mistrzów na poziomie Callejóna. Drugi, przez ostatnie pół roku, po każdym treningu dzielnie uczęszczał na lekcje angielskiego, ale jak przyszło wybrać coś między Chelsea a Manchesterm City, to Kolumbijczyk wybrał „pastę” [z hiszp.: szmal — przyp. red.] oligarchy z Monte Carlo. Wyższa prowizja dla Jorge Mendesa, menedżera numer jeden nie tylko w Hiszpanii, przeważyła nad ambicjami (czytaj: celami czysto sportowymi). Do Anglii zamiast Falcao wybierają sie trenerzy — Pellegrini, twórca Cudu z Málagi (szejkowi Al Thaniemu niestety nie udało się i już się nie uda stworzyć z Costa Brava taniej repliki Abu Dhabi) i Mou, autor swoistego paramilitarnego nurtu religijno-futbolowego wśród fanów Realu — dżihadu mourinhistów.

Mourinho w dwóch pierwszych sezonach w Madrycie wytoczył świętą wojnę Barcelonie i odłamkowymi dobijał arbitrów, w trzecim zupełnie stracił głowę. Skierował działa przeciwko swoim. Popełnił jedno morderstwo z premedytacją, wysyłając Casillasa, relikwię Realu, na ławkę w pamiętnym meczu w Máladze, i kilka mniej lub bardziej świadomych przestępstw. Özila skarcił za nieprofesjonalizm, Ramosa za niesubordynację, Cristiano zbeształ za zbyt szybko wykonany rzut z autu w meczu pucharowym z Valencią. Każdy, kto wysunął głowę z okopu Mou, po tej głowie dostawał, lądując przy okazji na „ławie”. Portugalczyk znalazł wroga w samych socios Realu, nazywanych przez niego „przebierańcami” i „piknikami” [a raczej, „piperos”, bo tak przyjęło się w Madrycie określać kibiców Realu, którzy na Bernabéu zamiast dopingować, opychają sie pestkami z solą — przyp. red.]. Wyzywał ich na westernowy pojedynek w samo południe, a dokładnie 40 minut przed grudniowymi derbami z Atlético, kiedy na trybunach zdążyło zasiąść 10 z 80 tysięcy kibiców. Wtedy jeszcze były oklaski, klaszczący marzyli o dziesiątym w historii Pucharze Europy. Mou z premedytacją uderzył w świętości Los Blancos, słynne „señorío” [z hiszp.: seniorat, szlachetność — przyp. red.] Realu, uderzył też w lutym „z płaskiego” natrętnego fana, który wyzwał Mou i mamę Mou od najgorszych w popularnej madryckiej sieciówce 100 Kanapeczek. Portugalczyk nie miał ochoty na zdjęcia i autografy, wołał pouczać publicznie na kolejnych pikantnych konferencjach prasowych. Przede wszystkim jednak zajął sie węszeniem spisków w drużynie. Uwziął się zwłaszcza na Casillasie, w Ikerze znalazł konfidenta, złodzieja tajemnic szatni, który o konfliktach na linii trener-piłkarze regularnie śpiewał swojej narzeczonej, dziennikarce kanału „Telecinco”. Casillasgate podzieliła naród, Ruch Poparcia Mourinho długo namawiał do wyrzucenia konfidenta. Idol mas, cudowne dziecko z podmadryckiego Móstoles z nieskazitelnej ikony Królewskich w oczach wielu stał się ahntymourinhistą numer jeden, nieprzykładającym się do treningów zblazowanym bramkarzykiem. Podział trwał, dopóki każdy mecz Diego Lópeza był jego meczem życia. Domek z kart Mou rozsypał sie po dwumeczu z Borussią. Nawet Pepe odwrócił sie od José plecami. Już do końca sezonu nikt poza czwórką: Xabi Alonso, Arbeloa, Essien i wspomnianym Lópezie nie zamienił słowa z The SemiSpecial One. Na pożegnanie pozostały mu brawa ultrasów z Fondo Sur i, jak sam przyznał, najgorszy sezon w karierze, zakończony żałosnym scenariuszem, w którym piłkarze zamiast skoczyć za swoim trenerem w ogień, pozwolili mu spłonąć na stosie. Adiós, bez palca wskazującego ścieżkę i palca w oku, bez kartek papieru z cytatami hiszpańskich dziennikarzy, bez polowania na czarownice, bez uścisków à la Materazzi na parkingu Bernabéu po finale LM 2010. Bez słów i deklaracji: „Volveré” [z hiszp.: „wrócę” — przy. red.] odszedł Mou z Hiszpanii. Nędznie, zważywszy że od stycznia miał podpisaną umowę z Chelsea (mógł się lepiej przygotować), nudno po trzech latach permanentnego medialnego teatrzyku. Dżihadziści twierdzą jednak, że już zawsze będą czcić Mou.

Z poprzedniego sezonu zapamiętam przecięte kable elektryczne przed meczem Rayo z Realem Madryt. Akt desperacji dwóch zwolnionych z pracy techników ze stadionu w Vallecas, którzy dołączyli do sześciu milionów hiszpańskich bezrobotnych. Zapamiętam Real Sociedad, klub z tradycjami, z jedną z najżyźniejszych szkółek piłkarskich w Europie, klub który w ostatnich dziesięciu latach przeszedł drogę od wicemistrza Hiszpanii, czarnego konia Ligi Mistrzów, po drugoligowca i bankruta oskarżanego o podawanie piłkarzom eliksirów doktora Eufemiano. Dziś Baskowie z San Sebastián mają wyprostowane księgi rachunkowe, płacą na czas, a media nieśmiało zaczęły doszukiwać się w nich hiszpańskiej wersji Borussii Dortmund. Jedyne, co w Realu Sociedad nigdy nie przestało mnie razić, to ten ich okropny stadion Anoeta, z bieżnią pamiętającą czasy mityngów lekkoatletycznych z Arturem Partyką w roli głównej. Zapamiętam Lewandowskiego na okładce „Marki” i tekst na głównej rozkładówce, w którym rzekomo Florentino Pérez po końcowym gwizdku rewanżu w Madrycie wyciągnął z szatni polskiego napastnika, żeby przekonać go do transferu do Realu. Kilka tygodni po tej „bombie” prezydent Los Blancos przyznał, że Roberta owszem widział, nawet podał mu rękę, tyle że w Dortmundzie. Pamiętam tę i inne sensacyjne okładki hiszpańskich dzienników sportowych, zdjęcie Ramosa z koszulką Özila pod swoim trykotem, rekonstrukcję czatu Whatsapp, w której „głębokie gardło” „Marki” potwierdzało wersję ultimatum Casillasa i Ramosa postawionego Perezowi: „Albo odchodzi Mou, albo odchodzimy my”. Pamiętam okładkę „Asa” ze zdjęciem Mourinho obserwującym postępy piłkarskiego swojego syna w młodzieżowym klubie Canillas, podczas gdy Messi odbierał w Szwajcarii czwartą z rzędu Złotą Piłkę.

Wreszcie zapamiętam heroiczną walkę Tito i Abidala najpierw o życie, później o odzyskanie miejsca w wielkiej piłce. „Valors”, katalońskie wartości ponad wszystko, ale nigdy ponad katalońskie sknerstwo. Zapamiętam Jordi Rourę w szeleszczącym dresie i przemowach w stylu Jana Żurka. Zapamiętam José Javiera Barkero oskarżającego kolegów z Levante o sprzedanie meczu z Depor, i tego samego Barkero kajającego się w mediach przez następny miesiąc według starej hiszpańskiej tradycji zamiatania śmieci pod domowy dywan. Zapamiętam, że najbogatszy człowiek świata Carlos Slim wysłał swojego zięcia, żeby ratował trzecioligowy Real Oviedo.

Nie zapamiętam goli, asyst, czegokolwiek w wykonaniu Dudki i Perquisa.

Aaa, byłbym zapomniał: 91 goli Leo w 2012 roku, ale przecież o statystykach nie trzeba pamiętać, to one pamiętają o nas.

PS Podziękowania dla redakcji „¡Olé!” za umożliwienie powrotu na łamy po prawie trzech latach przerwy. ¡Muchas gracias amigos!

Rafal Lebiedziński, były dziennikarz „Sport.pl”, „Dziennika”, „Przeglądu Sportowego”, „Futbol News” i „Magazynu Futbol”, ekspert od futbolu zagranicznego na antenie kanałów tematycznych „nSport” i „Orange Sport”, obecnie na stałe mieszkający i pracujący w konsultingu procesów ubezpieczeniowych w Madrycie.

License

¡Olé! Magazyn - Numer 2/2013 Copyright © 2013 by ¡Olé! Magazyn. All Rights Reserved.

Feedback/Errata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *