Europejski rollercoaster

Autor: Maciej Marcinkiewicz

Nie łatwo jest być ligowym średniakiem z europejskimi aspiracjami. Na pewno nie w tym roku w Hiszpanii, gdzie miejsc premiowanych grą w europejskich pucharach jest przecież pod dostatkiem, ale ich zajęcie jest wyjątkowo skomplikowane.

Vadillo

Sprawa wydaje się prosta. Chcąc się dowiedzieć, które zespoły będziemy oglądać jesienią na europejskich arenach, bierzemy linijkę, robimy czerwoną kreskę pod szóstą lokatą tabeli i patrzymy na nazwy drużyn powyżej. Nie zdziwię chyba nikogo, jeśli powiem, że taka jest tylko teoria, a w praktyce rzecz ma się zupełnie inaczej.

Nie chodzi tu oczywiście o zespoły premiowane grą w Lidze Mistrzów z miejsc od pierwszego do trzeciego, gdyż w ich przypadku ten sezon nie przyniósł wielu zmian. Na pytanie: kto zakwalifikuje się do Champions League, dość szybko odpowiedzieli nam giganci z Madrytu i Barcelony. Ku zaskoczeniu kibiców, owych gigantów w tym sezonie było trzech a nie, jak dotychczas, dwóch. Do Barcelony i Realu dołączyło Atletico Madryt i to dołączyło we wspaniałym stylu. Aż do dwudziestej siódmej kolejki, Los Colchoneros znajdowali się na pozycji wicelidera Primera Division. Przewaga wielkiej trójki nad resztą była gigantyczna. Przez co już od stycznia wiedzieliśmy, że ze wspomnianych sześciu prestiżowych lokat La Liga, do wzięcia pozostały już tylko trzy.

Sytuacja zaczęły się komplikować jeszcze w grudniu 2012 roku. Wtedy to komitet kontroli finansowej klubów należących do UEFA, ukarał Malagę wykluczeniem z udziału w rozgrywkach na najbliższy sezon. Kara obowiązywać miała przez cztery sezony, jeśli Malaga nie zakwalifikowałaby się do Ligi Europy. Wieść o zawieszeniu los Boquerones, była obiecującą nowiną dla wielu klubów Primera Division. Oznaczała, że zamiast Malagi do rozgrywek wejść może drużyna z miejsca siódmego. Jak dobrze wiemy, im dalej w dół ligowej tabeli, tym mniejsze są różnice między zespołami. Kibice i działacze tych klubów rzucili się natychmiast do kalkulowania, jak na te miejsce wskoczyć.

Chętnych na tę lokatę było całe mnóstwo drużyn. Jeszcze na początku marca, wśród zespołów mogących realnie myśleć o grze w Lidze Europy, mogliśmy wymienić: Betis, Sevillę, Rayo, Getafe, Levante, Valladolid a nawet odradzający się po fatalnej pierwszej części sezonu Espanyol. W tabeli było naprawdę gęsto. Na początku marca, po dwudziestej szóstej kolejce, różnica między siódmym Betisem a dwunastym wtedy Valladolid wynosiła zaledwie sześć punktów. Wydawałoby się, że walka o europejskie puchary powinna być bodźcem motywującym, a poszerzenie listy miejsc premiowanych do siedmiu, niczym strzał z pistoletu startera rozpocznie wyścig o bilet do Europy.

Odpowiedzi na pytanie, czy był to prawdziwy wyścig czy niedzielna przebieżka, możemy poszukać w ligowej tabeli. Biorąc pod uwagę okres między 26 a 37 kolejką najlepiej wypadły Espanyol i Betis. W jedenastu meczach, obu drużynom udało się zdobyć po 16 punktów, czyli poniżej połowy możliwych do zdobycia. Przekładając ten wynik na warunki akademickie, to egzamin oblali, a jak wiemy w Primera Division drugi termin nie przysługuje.

O jeden punkcik mniej w tym czysie, uzbierała Sevilla i Rayo, natomiast notujące między innymi serię czterech porażek z rzędu Levante i wiecznie średnie Getafe niemal pogrzebały swoje marzenia o Europie dodając do swego wyniku odpowiednio jedenaście i dwanaście punktów. Niemal, ponieważ maj przyniósł nam kolejne wiadomości, które skomplikowały sytuację jeszcze bardziej. W obliczu zwycięstwa Atletico Madryt i jego pewnego już udziału w przyszłej edycji Ligi Mistrzów, okazało się, że wspomnianą wcześniej czerwoną kreskę, trzeba by narysować o jeszcze jedną lokatę niżej. Następnie, decyzją UEFA Espanyol i Rayo nie otrzymały licencji na grę w europejskich pucharach. Oznacza to, że jeśli Malaga,Espanyol i Rayo zakończyłyby sezon na miejscach premiowanych awansem do Ligi Europy w ich miejsce mogłaby awansować drużyna sklasyfikowana nawet na dziesiątej pozycji! W tej sytuacji nawet Getafe, które w maju przegrało wszystkie cztery mecze, pozostało w grze o awans do Europa League do ostatniej kolejki.

W obliczu co najwyżej przeciętnej formy pretendentów do tego zaszczytu, rozpoczęło się coś do czego my, polscy kibice powinniśmy być przyzwyczajeni, a mianowicie liczenie. I nie chodzi tutaj przecież o liczenie na zwycięstwa własnej drużyny, bo do tego każdy kibic jest przyzwyczajony. Chodzi o liczenie na innych, a będąc bardziej dosadnym liczenie na to, że ktoś się potknie, ktoś nie trafi, ktoś zremisuje, a może nawet przegra. Epicentrum takiej postawy znajdowało się w Sewilli, gdzie obie lokalne drużyny co roku prezentują wysokie europejskie aspiracje. O ile Betis postanowił awans wywalczyć licząc na siebie i stale plasował się na siódmej pozycji, to jego konkurentka z za miedzy, lawirowała między ósmą a dziewiątą lokatą, a przez cały miesiąc zdobyła tylko cztery z dwunastu punktów. Cała nadzieja pokładana była zatem w instytucjach TAS i UEFA i to właśnie regulatorzy sportowego otoczenia byli tematem numer jeden, przy okazji dywagacji o przyszłorocznej edycji Europa League.

W andaluzyjskich mediach, maj upłynął pod znakiem analizowania wszystkich możliwych scenariuszy. Każdy dzień niósł ze sobą porcję świeżych doniesień na temat sankcji dla Malagi i Rayo. Przez cały miesiąc wierzono, że zostaną podtrzymane. Uwierzyli w to chyba także piłkarze Sevilli, którzy ostatecznie zakończyli sezon na dziewiątej pozycji . Oznaczało to dla nich, że pomimo rozegrania 38 meczów, nie byli pewni swoich planów na przyszły sezon.

Żadna instytucji nie musiała interweniować w sprawie drużyn walczących o czwartą lokatę La Liga. Dramaturgia i styl w jakim walczyły o nią Valencia i Real Sociedad przypominały najlepsze dreszczowce z rozgrywek Ligi Mistrzów. Finiszująca w najlepszym stylu Valencia najpierw goniła przez cały maj Basków, by po 37 kolejce przegonić ich o dwa oczka. Sprawa awansu do Ligi Mistrzów miała rozstrzygnąć się w ostatniej kolejce, w której Nietoperze wybrały się na podbój Sewilli, a graczy z San Sebastian czekał trudny mecz ze starającym się uniknąć spadku Deportivo. Do 22 minuty to w Valencii chłodzono triumfalnego szampana, jednakże w efekcie kontrowersyjnych decyzji sędziego, los Ches stracili Jonasa (czerwona kartka), a w dalszej konsekwencji grad bramek. Nie można odmówić im woli walki, gdyż grając przez ponad połowę spotkania w dziesiątkę, udało im się strzelić jeszcze dwa gole, aby ostatecznie polec 3:4. Zabrakło jednak dwóch trafień, które dałyby im trzy punkty i wymarzony awans. Jedna bramka wystarczyła zaś graczom Philippe Montaniera, którzy na El Riazor pokonali Deportivo 1:0 i po dziesięcioletniej przerwie powracają do europejskiej elity.

Sezon Primera Division zakończył się w Dzień Dziecka, ale karuzela spekulacji kręciła, aż do jedenastego czerwca, kiedy to UEFA odrzuciła odwołanie Malagi, przez co do Ligi Europejskiej z dziewiątego miejsca wślizgnęła się Sevilla. Oby tylko stanęła na wysokości zadania…

License

¡Olé! Magazyn - Numer 2/2013 Copyright © 2013 by ¡Olé! Magazyn. All Rights Reserved.

Feedback/Errata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *