“Gruby Kelner” odzyskał blask

Autor: Andrzej Kotarski

Jego związek z Chelsea od początku przypominał koszmar. Jednak ten romans dla obu stron zakończył się niespodziewanym happy endem. Teraz Rafael Benítez obrał sobie za cel przełamanie swojego włoskiego fatum.

Benitez

Mecz o reputację

Przy eksplozji entuzjazmu, on stanął nieco na uboczu. Z delikatnym uśmiechem na twarzy trawił poczucie spełnionej misji. Benítez nie pchał się na czoło świętujących zdobycie pucharu za triumf w Lidze Europy. Ale jego piłkarze o nim nie zapomnieli. Hiszpański trener mógł potrząsnąć kolejnym trofeum w swojej karierze.

Jeden mecz w Amsterdamie ważył o ocenie dokonań Beníteza na Stamford Bridge. Gdyby przegrał, przepadłby bez pamięci. A był tego bliski. Benfica co rusz rozmontowywała Chelsea i nadawała ton wydarzeniom na boisku. Przez długie minuty spotkanie było tak jednostronne, że „The Sun” pisał: „wyglądało to, jakby tonący chwytał się każdego fragmentu zatopionego statku przed ostatecznym utonięciem”. Jednak The Blues i Benítez nie poszli na dno. Głową Branisława Iwanowicia zapoczątkowali koszmar Benfiki, która w ciągu nieco ponad dwóch tygodni roztrwoniła szansę na trzy puchary.

Gruba skóra

Hiszpański trener nie zrobił cudu na miarę wygrania Ligi Mistrzów przez Roberto di Matteo. Nie przejdzie do historii Chelsea w gronie ukochanych menedżerów. Mimo to nic nie wymaże go z kronik klubowych, bo to za jego krótkiej kadencji The Blues skompletowali trzeci sukces w rozgrywkach UEFA.

Czas Beníteza w Londynie nie był czystym pasmem wielkich sukcesów. Przed swoją chwilą chwały Hiszpan musiał zebrać gromy za odpadnięcie w półfinałach Pucharu Ligi i Pucharu Anglii. Nie udało mu się także zabrać złotego krążka z Klubowych Mistrzostw Świata. Te potknięcia tylko umacniały nienawiść kibiców, którzy z klubu wyrzucali go od pierwszego dnia. „Gruby hiszpański kelner”, „Tymczasowy” — palety szyderstw nie brakowało.

Właśnie te okoliczności sprawiły, że ostateczny bilans Beníteza prosi się o przymiotnik „spektakularny”. Hiszpan zapanował nad chaosem i utrzymał skład we względnym ładzie. Niezrażony niechęcią trybun realizował swój plan. Pamiętajmy, że jedyny mecz przy życzliwej sobie publice rozgrywał w… kwietniu, na liverpoolskim Anfield. Nie zwątpił w swój trenerski nos, choć wracał do pracy po dwóch latach przerwy i trudnym doświadczeniu z Interem.

Benítez nie rozkochał ani kibiców Chelsea, ani jej piłkarzy. „Niektórzy menedżerowie budują relacje i zbliżają się do ciebie. On nie jest takim typem. Inni trenerzy trzymają dystans i Rafa jest temu bliższy”— przyznał Frank Lampard. Hiszpan był już taki w Liverpoolu, gdzie najlepsze zagrania nagradzał słowami „dobra robota”.

Nawet najbardziej wylewnemu trenerowi trudno byłoby tryskać entuzjazmem, gdyby wszedł w skórę Beníteza. Hiszpan szybko pojął, że Chelsea to tylko krótki epizod. Miał wyznaczony termin egzekucji, dlatego swój czas wykorzystał jak tylko się dało. „Wszyscy wiemy, kto będzie tu następnym trenerem. Każdy dowiedział się tego ze sportowych działów. To nie mój problem, co zdarzy się za rok, mnie tu już nie będzie” — przewidział trafnie 53-letni szkoleniowiec. Duch José Mourinho uprzykrzał mu życie w Interze i wrócił także podczas pracy w Chelsea.

Rotacja, rotacja

Potrzeba dużej dozy niechęci do Hiszpana, aby nie docenić jego dorobku z Londynu. Trzecie miejsce w tabeli przygotowujące grunt pod przyszłoroczną Ligę Mistrzów dla innego trenera (nie ma sprawy, José!), europejski puchar i kolejny namacalny dowód sukcesu ery Romana Abramowicza. A nie było łatwo. Nie tylko z powodu nienawiści trybun. Sezon Chelsea rozciągnął się do 69 spotkań. Zawieszenia, przepisy w regulaminie, kontuzje i zmęczenie zawodników poważnie ograniczyły możliwości kadrowe londyńczyków. „Jeśli przeanalizujemy wszystko, wygraliśmy Ligę Europy z jednym napastnikiem dostępnym na każdy mecz” — zauważył Benítez. Chelsea miała wąskie pole manewru, a mimo wszystko na końcówkę sezonu udało się osiągnąć wszystkie cele.

Jedynym wspominanym napastnikiem był Fernando Torres. Choć nie spłacił jeszcze kredytu zaufania wyrażonego w 50 milionach funtów odstępnego, w tym sezonie zaczął rozstrzygać mecze. Zastoje strzeleckie w Premier League równoważył gradem bramek w Europie. Odbudowanie pewności Torresa można spokojnie przypisać Benítezowi. Napastnik w komfortowych warunkach odzyskał zimną krew, co udowodnił w finale Ligi Europy kładąc na ziemię bramkarza Benfiki i spokojnie wtaczając piłkę do siatki.

Zwycięstwo w Amsterdamie oraz finisz na podium Premier League wkupił Beníteza w łaski choć części kibiców The Blues. Któż by się spodziewał, że na Stamford Bridge gorejącym niechęcią do hiszpańskiego trenera w końcówce listopada, w połowie maja można będzie ujrzeć plakaty z napisem: „Dzięki Rafa, powodzenia”?

Hodowca trofeów

Podjęcie pracy tymczasowego trenera Chelsea wiązało się z ogromnym ryzykiem. Gdyby Benítez nie rozliczył się z wyznaczonych celów, drugi raz z rzędu udowodniłby swoją nieporadność w zarządzaniu wielkim klubem. Zamiast tego Hiszpan wrócił na wyznaczoną przed laty ścieżkę trofeów i upiększania CV. Liga Europy z Chelsea dała mu kolejny sukces w międzynarodowych rozgrywkach po Pucharze UEFA z Valencią i Lidze Mistrzów z Liverpoolem. Triumf pozwolił mu przedłużyć passę rozpoczętą w 1997 roku, od kiedy zostawiał każdą swoją drużynę ze znaczącym sukcesem: od awansu do La Liga, przez złamanie duopolu Barcelony i Realu, angielskie wojaże z Liverpoolem, do dwóch pucharów w Interze.

Benitez wiedział, że w maju kończy się jego czas w Londynie. Wytrzymał presję i został nagrodzony kolejnym kredytem zaufania oraz posadą wartą grzechu. Napoli przez cztery lata kadencji Waltera Mazzariego przebiło się do ścisłej czołówki Serie A i na listę uczestników Ligi Mistrzów. W Neapolu Beníteza czekają dwa podstawowe zadania: transferowy zawrót głowy wokół Edinsona Cavaniego oraz przejście z ustawienia 3-4-1-2 preferowanego przez Mazzariego do własnej formacji taktycznej. Angielska ziemia była dla 53-letniego Hiszpana dość płodna. We Włoszech dotąd napotkał głównie ugór. Czas zasadzić pole pełne trofeów również na Półwyspie Apenińskim.

License

¡Olé! Magazyn - Numer 2/2013 Copyright © 2013 by ¡Olé! Magazyn. All Rights Reserved.

Feedback/Errata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *