Inżynier traci alibi

Autor: Łukasz Kwiatek

Od szejka do szejka. Po trzech sezonach spędzonych w Máladze Manuel Pellegrini przenosi się do Manchesteru City. Kibice Los Boquerones najchętniej na odchodne postawiliby mu pomnik (na placu jego imienia, który w Máladze już powstał). My spróbujmy go spokojnie ze wszystkiego rozliczyć.

pellegrini

Gdyby ktoś obudził mnie w środku nocy, przystawił pistolet do głowy i zażądał, żebym jak najszybciej wskazał trenera, którego podejrzewam o to, że w dowolnym klubie z dowolnymi piłkarzami w szatni i przy dowolnych okolicznościach osiągnąłbynajlepsze możliwe wyniki, prawdopodobnie wymieniłbym Pellegriniego (o ile byłbym w stanie cokolwiek z siebie wydusić). Okoliczności opisuję nieprzypadkowe — w takich warunkach nie miałbym czasu na przemyślenie odpowiedzi, tylko kierowałbym się rozmaitymi heurystykami (uproszczonymi schematami wnioskowania).

Duże znaczenie dla mojego pospiesznego wyboru miałby fakt, że Chilijczyk zbudował i doprowadził do półfinału Ligi Mistrzów Villarreal — zespół z kilkudziesięciotysięcznego miasteczka, grający w piłkę tak płynnie i tak estetycznie, że niemożliwością było Los Amarillos nie polubić. Po drodze było wicemistrzostwo Hiszpanii — ostatnie, które rozdzieliło w tabeli Real i Barcelonę.

Na korzyść El Ingeniero przemawiałby również sezon spędzony w Realu Madryt, walczącym o mistrzostwo z Barceloną Pepa Guardioli do ostatniej kolejki. Z tą Barceloną — rok wcześniej triumfującą we wszystkich rozgrywkach. Wreszcie wymieniłbym Pellegriniego za to, że w pierwszym sezonie utrzymał Málagę w lidze, w drugim zajął czwarte miejsce, a w trzecim, mimo wymuszonej sprzedaży liderów, problemów z wypłatami dla piłkarzy i braku pieniędzy na wzmocnienia, tylko kilkadziesiąt sekund dzieliło go od półfinału Ligi Mistrzów.

Zupełnie różne warunki w klubach mierzących w różne cele, wyniki wszędzie albo zadawalające (Real), albo zdumiewająco dobre (Villarreal i Málaga), do tego styl, o którym można by pisać wiersze. Czy to nie wystarczy, by Pellegriniemu dedykować place i powierzać zespoły o nieograniczonych budżetach i najwyższych ambicjach?

Trzeba jednak pamiętać, że heurystyki, którymi w zasadzie posługujemy się na co dzień — nie tylko wtedy, gdy ktoś przyłoży nam do głowy pistolet — często kłamią. Działają w naszych umysłach, ponieważ nasi przodkowie starali się nie dać pożreć drapieżnikom, a przy dzieleniu łupów chcieli wytargować większy kawałek mamuta, niż sąsiad z jaskini; a nie dlatego, żebyśmy za ich pomocą rzetelnie oceniali dokonania trenerów. Do tego celu trzeba zwrócić się do liczb i dokładnie przeanalizować fakty.

Ofensywny futbol na jeden zero

Dorobek bramkowy Málagi, jak na drużynę trenera kojarzonego z ofensywnym stylem, nie rzuca na kolana.W Primera División przez niespełna trzy sezony zespół Pellegriniego utrzymał średnią zaledwie 1,38 strzelonego gola na mecz (42 trafienia w 32 meczach pierwszego sezonu, 54 w drugim i 53 w trzecim), przy bramkach traconych częściej — 1,47 gola na spotkanie (o negatywnym bilansie zadecydował pierwszy sezon, gdy celem było utrzymanie w lidze).W całym okresie pracy w Andaluzji Pellegrini zdobył mniej więcej połowę możliwych punktów (prawie tyle samo w drugim i trzecim sezonie, co jednak przełożyło się na różne miejsca w tabeli).

Więcej bramek od Málagi zdobywały zespoły ze środka tabeli, za to zdecydowanie lepiej Andaluzyjczycy wyglądali w defensywie. Wielka w tym zasługa fenomenalnego Willy’ego Caballero i nadspodziewanie dobrze grających obrońców, na czele z Martinem Demichelisem. Transfery tej dwójki, podobnie jak Antunesa czy Júlio Baptisty, to bezdyskusyjne strzały w dziesiątkę. Zawodnicy sprowadzeni za bezcen, dla przeciętnego oglądacza La Liga albo anonimowi, albo dobrze znani, ale dawno uznani za skończonych. Wiele radości Málaga miała także z zakupów Toulalana, Monreala, Joaquína, Cazorli i Isco, ale nie ma sensu przesadnie chwalić za ich sprowadzenie Pellegriniego — nie trzeba było być prorokiem futbolu, by przewidzieć, że ci zawodnicy będą warci każdego zainwestowanego w nich euro. Albo znacznie więcej.

Joaquín, Cazorla i Isco nadawali Máladze ten ofensywny, przyjemny w odbiorze, oparty na kontrolowaniu piłki i płynnych akcjach styl. Postawienie na tercet rozgrywających sprawdziło się. Przerobienie Joaquína, w przeszłości dynamicznego skrzydłowego, na jednego z playmakerów, to kolejny świetny, choć nie do końca autorski pomysł Pellegriniego. W Valencii Unaia Emery’ego przez jeden sezon, po odejściu Davida Villi i Davida Silvy, rozgrywali skrzydłowi: Joaquín z Juanem Matą. Pellegrini tę koncepcję splagiatował i udoskonalił.

Gdzie te trofea?

Nie wszyscy młodzi zawodnicy, którzy w Máladze trafili pod skrzydła Pellegriniego, wyrośli na gwiazdy formatu Isco, czy rozwijają się tak obiecująco jak Portillo. Zdecydowanie więcej można się było spodziewać po Recio, Juanmim — najmłodszym strzelcu dwóch goli w jednym meczu w historii La Liga — oraz Fabrice — najmłodszym zdobywcy bramki w Primera División i autorze trafienia, które wprowadziło Málagę do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Wszyscy w swoim czasie pokazali się z dobrej strony, po czym słuch o nich zaginął. Żaden z nich nie stracił formy z dnia na dzień. To Pellegrini niemal z dnia na dzień z nich zrezygnował. Może gdyby tego nie zrobił, nie tylko na sprzedaży Isco Málaga mogłaby dzisiaj zarobić kilkadziesiąt milionów euro?

Najdłuższym cieniem na całej karierze chilijskiego szkoleniowca kładzie się brak jakichkolwiek trofeów wywalczonych w Europie. Chociażby Pucharu Króla (niezapomniane Alcorcónazo, jak Hiszpanie mawiają o zwycięstwie 4:0 maleńkiego Alcorcón nad Realem Madryt), który przez te wszystkie lata pracy Pellegriniego w Hiszpanii od czasu do czasu zdobywali przecież mniej renomowani od niego szkoleniowcy.

Z braku innych trofeów można Pellegriniego rozgrzeszać. W Villarrealu i Máladze nikt ich nie wymagał, w Realu miał zbyt mało do powiedzenia w kwestiach transferowych, żeby zarzucać mu, że nie pokonał tamtej Barcelony. Prezes Florentino Pérez postanowił, że z klubu odejdą Snejider i Robben, na których Chilijczyk liczył, głównie dlatego, by znalazły się pieniądze na Kakę, którego Pellegrini nie potrzebował. Dodatkowym wyzwaniem była konieczność delikatnego odsunięcia od składu dwóch legend: Raúla i Gutiego.

Hipokryzja jest cnotą

A może trofeów zabrakło dlatego, że Pellegrini jest po prostu zbyt porządnym i zbyt spokojnym człowiekiem? W czasie meczów nie skacze przy linii bocznej, nie wrzeszczy na swoich zawodników ani na arbitrów. Czasami sprawia wrażenie, jakby mecz po prostu oglądał, zasiadając na jednym z lepszych miejsc na stadionie. Może dlatego piłkarzom Málagi zabrakło pewności siebie, gdy w ostatnich sekundach ćwierćfinałowego boju rozpaczliwie rzuciła się na nich Borussia, natchniona przez Jürgena Kloppa? Może bardziej żywiołowo reagujący szkoleniowiec zrobiłby coś, co zapobiegłoby katastrofie?
Być może, by wygrywać w piłce nożnej, trzeba czasami włożyć rywalowi palec do oka lub przynieść na konferencję prasową listę niekorzystnych decyzji arbitra, pastwiąc się nad pozbawionym możliwości obrony — w końcu sędziom z dziennikarzami rozmawiać nie wolno. Pellegrini nie bawi się w żadne gierki psychologiczne, nie prowadzi wojen z innymi trenerami, nie prowokuje kibiców, nie wywiera presji na arbitrach, próbując wpłynąć na ich nastawienie i decyzje na boisku, raczej sprawia wrażenie skromnego i uprzejmego. Może zbyt skromnego i uprzejmego? Może sędziowie nie pomyliliby się na korzyść Borussi w kluczowej akcji, gdyby już po meczu z FC Porto Chilijczyk ogłosił, że UEFA go celowo prześladuje, bo w spotkaniu w Portugalii uznała gospodarzom bramkę ze spalonego?

Choć przecież zdecydowania Pellegriniemu nie brak. W Villarrealu nie zawahał się odsunąć od składu Juana Romána Riquelme, gdy ten postanowił wziąć ustalanie taktyki zespołu w swoje ręce. Pellegrini nie ugiął się, choć prasa, zwłaszcza w Argentynie, ruszyły z miażdżącą krytyką. Przyznał później, że gdy widział się na okładkach tylu gazet, poczuł się jak „międzynarodowy terrorysta”.

Wygrywaj albo giń

Podstawowy problem z opisaniem roli trenerów w futbolu polega na tym, że tak naprawdę nie widzimy związków przyczynowych (czy Málaga wypuściła z rąk zwycięstwo z Borussią, bo z boiska zszedł świetnie grający Joaquín?), tylko różne korelacje (selekcji zawodników i wyników, doboru taktyki i liczby stworzonych sytuacji itd.). Możemy podać kilka alternatywnych wyjaśnień każdego faktu i zdarzenia, ale żadne z tych wyjaśnień nie będzie bardziej prawdziwe lub bardziej fałszywe od konkurencyjnych — co najwyżej będzie bardziej lub mniej spójne z już zaakceptowanymi przez nas wyjaśnieniami innych faktów.Między innymi dlatego, że nie mamy pewności co do związków przyczynowych zachodzących na boisku, często zgadzamy się, że w futbolu, zwłaszcza w wyrównanych spotkaniach, decydującą rolę odgrywa szczęście.

Czy kariera Manuela Pellegriniego to splot szczęśliwych zbiegów okoliczności? Musiałby to być zbyt szczęśliwy splot zbiegów okoliczności. W futbolu zdecydowanie mniej przypadku potrzeba, żeby coś przegra, niż żeby odnieść sukces. Dlatego Pellegriniego nie powinno się skazywać na trenerską infamię za to, że nie wygrał trofeów — on ma całkiem niezłe alibi. W czasie, gdy jego zespoły popełniały zbrodnię przegrania jakiegoś turnieju, Chilijczyk znajdował się w klubie, który w danych okolicznościach do zwycięstwa potrzebowałby tony szczęścia, a przegraną zgotowała mu odrobina pecha.

Przejście do Manchesteru City wszystko zmienia. Cieszę się nie tylko dlatego, że Pellegrino zapewne zbuduje zespół, którego grę da się oglądać bez znieczulenia (jeden taki na Wyspach nie zaszkodzi). Również dlatego, że wreszcie będzie można Chilijczyka rozliczyć z trofeów. W Manchesterze City czekają na niego wielkie pieniądze i cierpliwy, słuchający trenera właściciel. Dotychczasowe alibi, które Pellegriniemu tak długo towarzyszyło, straci moc.

Kupuj i buduj zatem Inżynierze, a potem wygrywaj albo giń.

License

¡Olé! Magazyn - Numer 2/2013 Copyright © 2013 by ¡Olé! Magazyn. All Rights Reserved.

Feedback/Errata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *