Javi Martínez. Jedyny Hiszpan z tegorocznym pucharem Ligi Mistrzów

Autor: Daniel Kawczyński

Latem ewakuował się z San Mamés na Allianz Arena w atmosferze wielkiego skandalu. W lipcu pod osłoną nocy włamał się do siedziby Athleticu, by dziesięć miesięcy później unieść wznieść puchar Ligi Mistrzów. Początki w Bayernie miał niełatwe, notorycznie przegrywał walkę o miejsce w składzie i wiele wskazywało na to, że wróci z podkulonym. Przetrzymał najgorsze, na Wembley zagrał 90 minut i razem z Bayernem świętował zdobycie upragnionego trofeum. Dziś nikt już nie zakwestionuje słuszności jego decyzji.

Javi Martinez

Dzień, o którym najlepiej zapomnieć

W sobotę, 25 maja 2013 roku cała piłkarska Hiszpania, łącznie z rozsianymi po świecie amatorami tamtejszego futbolu, poddałaby się najchętniej zbiorowej hibernacji i obudziła najlepiej po weekendzie. Dzień, który miał stać się synonimem wielkiego piłkarskiego święta, dla Hiszpanów (zresztą dla Anglików także) okazał się przywołaniem najbardziej tragicznych wspomnień z półfinałów. To miał być hiszpański finał! To miały być Gran Derbi! Tymczasem zarówno Real, jak i Barcelona dostały srogą lekcję nowoczesnego stylu gry od Borussii i Bayernu. Niemiecki finał? Obecność Bawarczyków jeszcze szło zrozumieć, wszak nie od dziś byli siłą futbolowym potentatem, ale poczytywana za Kopciuszka Borussia? To przechodziło ludzkie (hiszpańskie) pojęcie!

„Nie pytaj, czemu tu jestem. Żonie zachciało się jechać na weekend do Londynu, a ja dostałem od szefa bilet. Sam chciał lecieć, ale jak poznał finalistów, wolał dać ten bilet mnie” — powiedział nam posępnym tonem Xavier, programista z Barcelony, nieopodal Buckingham Palace. Przechodzący obok fani Bayernu wtrącili się: „Przepraszamy, nie chcieliśmy być tak ostrzy” — rzucili w stronę Xaviera. Jego mina była wymowna, podobnie jak piłkarzy futsalowego zespołu Blaugrany do lat 23 — ci do Londynu przylecieli na festiwal UEFA, gdzie mieli rozegrać mecz pokazowy. „Szczęśliwym” trafem akurat przechadzali się w pobliżu Big Bena, ale słysząc o finale, natychmiast ucinali temat. Widać kpiące spojrzenia napotkanych sympatyków Bayernu były dla nich wystarczającą karą.

Łatwego życia nie mieli także napotkani sympatycy Realu. „Ronaldo najlepszym piłkarzem świata? Przecież Lewandowski jest lepszy!” — wypalił Joachim z Dortmundu w trakcie rozmowy z kibicem Królewskich.

San Fermín, bandera Nawarry i dziecięca radość

W tych dniach bycie hiszpańskim kibicem nie należało do łatwych, zwłaszcza w stolicy Anglii, o Niemczech nie wspominając. W czasie, gdy ponad 47 milionów rodaków pogrążało się w większej lub mniejszej żałobie, JaviMar nie hamował radości. Skakał pod niebiosa, radośnie wykrzykiwał, gdy reszta rodaków płakała. W koszulce Bayernu, z czerwoną chustą San Fermín (święto ku czci świętego Firmina obchodzone w lipcu w Pampelunie), pasem owiniętym flagą ojczystej Nawarry, pieczołowicie trzymał upragniony puchar, wpatrując się weń z radością, jak dziecko w ukochaną zabawkę. Wraz z nim na trybunach radowali się bliscy — mama Fortu, tata Vincent, żona María i przyjaciele z rodzinnego miasteczka Ayegui, gdzie 24 lata temu przyszedł na świat. Murawę Wembley ze łzami w oczach opuścił jako ostatni, kiedy trybuny zaczynały świecić pustkami.

Miał się z czego cieszyć. Właściwie w premierowym sezonie na gwiazdorskim pułapie wywalczył najbardziej prestiżowe trofeum na Starym Kontynencie, obsesję każdego szanującego się piłkarza.

„Przez dwie, trzy minuty musiałem uporządkować w głowie wszystko, co się stało. Przez myśli przetoczyli się wszyscy moi koledzy z boiska, wszyscy dawni trenerzy. Te ciężkie treningi, lata wyrzeczeń zaprowadziły mnie tu, gdzie właśnie jestem, z Ayegui na Wembley! To jedna z najlepszych chwil w moim życiu. Niezapomniana noc, którą zapamiętam na zawsze. Śniłem o tym od dziecka. Wszystko zawdzięczam swojej rodzinie, która była w Londynie i wspierała mnie oraz ludziom, którzy wierzyli we mnie i dali mi pozytywny impuls” — mówił dziennikarzom po finale.

„40 milionów? On jest wart dwa razy tyle”

Na murawie napracował się za dwóch, bo jego kolega z tyłów pomocy i zarazem najlepszy partner — Bastian Schweinsteiger był chyba myślami gdzie indziej. Podawał pod nogi rywala, tracił piłkę, a kto inny mógł go asekurować, jak nie JaviMar? Destruktor z Nawarry fantastycznie rozbijał ataki, nakreślał kierunek akcji, świetnie grał głową i, co najważniejsze, odciął od kluczowych podań Roberta Lewandowskiego. „Trener przez cały czas kazał mi mieć na oku Lewandowskiego” — mówił.

„Świetny! Wykonał podwójną robotę. Nie było Schweinsteigera, był Martínez. Nie jest wart 40 milionów, tylko co najmniej dwa razy tyle!” — rozpływała się „Marca”.

Sukces urodził się w bólach. Przez pierwsze dwadzieścia minut razem z kolegami musiał przetrzymać wzbudzający grozę napór Borussii. Uporządkowanie gry poskutkowało w 59. minucie bramką Mario Mandžukicia, który niepilnowany trafił do siatki po akcji Franka Ribéry’ego i Arjena Robbena. Ale serca ponownie zadrżały, gdy Dante we własnym polu karnym bezmyślnie kopnął Marco Reusa, a rzut karny jedenastkę wykorzystał İlkay Gündoğan. I kiedy zanosiło się na dogrywkę, uruchomiony przez Ribéry’ego Robben strzelił na 2:1. Tym samym Bayern, po dwóch przegranych finałach Ligi Mistrzów, wreszcie mógł świętować. Natomiast sam Robben zmazał plamę po zmarnowanym rok temu rzucie karnym na Allianz Arena, co w konsekwencji pośrednio miało znaczący wpływ na klęskę z Chelsea.

24 lata i pełna gablota

„Robben jest bohaterem, zasłużył na to jak nikt inny. Pamiętam, jak w finale Mistrzostw Świata w RPA był dwa razy sam na sam z Ikerem Casillasem i bramki nie zdobył. Wtedy Iker był bohaterem Hiszpanii, a Arjen wielkim pechowcem. Dziś to on jest wielkim herosem” — wspomina Martínez.
Gdy Hiszpania obroniła w RPA mistrzostwo świata, Martínez miał 21 lat i świeżo przyznany tytuł Najlepszego Młodego Piłkarza La Liga. Vicente del Bosque już wówczas nie stronił od śmiałych porównań do Patricka Vieiry i powołał kompletnego żółtodzioba na południowoafrykański turniej. Javier zadebiutował w meczu towarzyskim z Arabią Saudyjską. W RPA zagrał w sumie raptem kwadrans i to w jednym spotkaniu przeciwko w Chile, ale złoty medal mundialu i tak trafił do jego dłoni. Także na ostatnich mistrzostwach Europy zaliczył jedynie krótkie epizody, co nie przeszkodziło, by móc podziwiać okazałe trofeum Henriego Delaunaya.

Nie da się jednak ukryć, że w reprezentacji Martínez odgrywa rolę raczej marginalną, drugoplanową. Wiele z tego, co do tej pory osiągnął, zawdzięcza świetnej postawie w klubach. W tym roku wywalczył z Bayernem potrójną koronę, ponadto wcześniej z Athletic Bilbao dwukrotnie dotarł do finału Pucharu Króla, zagrał też w finale Ligi Europy i Superpucharze Hiszpanii. W wieku 24 lat osiągnął dorobek, o jakim marzą najbardziej doświadczeni wyjadacze. Zdobył wszystko, co jest do zdobycia, a przecież cała kariera jeszcze przed nim.

Latem niewdzięcznik i włamywacz. Dzisiaj drugi Beckenbauer?

Nie sposób przewidzieć, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby przed ośmioma laty nie przeszedł — za rekordową, jak na młodego zawodnika, sumę — sześciu milionów euro z Osasuny do Athleticu Bilbao. To właśnie na San Mamés zbudował swoją reputację. Uniwersalność stała się jego drugim imieniem. Ustawiony czy to na środku obrony, czy to na defensywnej pomocy radził sobie równie wyśmienicie. W La Liga nie miał sobie równych, a przekonanie co do jego talentu potęgowały sukcesy w Lidze Europy i Pucharze Króla.

JaviMar błyskawicznie zaskarbił sobie sympatię kibiców. Powszechnie uchodził za mocno przywiązanego do baskijskiego klubu. Gdy przed rokiem Cristiano Ronaldo celebrował w Bilbao zdobycie mistrzostwa Hiszpanii, ten podszedł do niego i powiedział prosto w twarz: „Ty skurwysynu. Idź świętuj w Madrycie, nie tutaj. Pamiętaj, że to ja jestem mistrzem świata, nie ty”.

Dziś w Baskonii jest jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Z jednej strony mocno związany z Athletic i jego DNA, na każdym kroku o tym przekonywujący. „Jestem tutaj szczęśliwy i nie widzę siebie w żadnym innym klubie. Z chęcią zostanę tutaj do 2016 roku, czyli do końca kontraktu” — mówił jeszcze w lipcu. Kilka tygodni później stał się bohaterem jednej z najgłośniejszych sag transferowych letniego okienka transferowego.

To, co najbardziej odstraszało potencjalnych nabywców, to łamiąca najpotężniejsze karki kwota odstępnego. „40 milionów euro? Ja nie jestem tyle wart” — mówił sam zainteresowany. W tym wypadku zdrowy rozsądek poskromił pragnienia Barcelony i Realu. Ale nie odstraszył Bayernu, choć początkowo Niemcy uznawali wydanie takiej sumy za co najmniej nieprzyzwoite.

I tak Martínez stał się najdroższym nabytkiem w historii Bundesligi. Karl-Heinze Rummenigge przyznał, że był to najbardziej skomplikowany transfer w jego karierze. Szumu wokół tego było co niemiara.

Po pierwsze, podważano prawną prawidłowość transferu. Zdaniem Athleticu, skoro ich zawodnik nie miał ukończonych 28 lat, to musi do końca wypełnić kontrakt i żadne pieniądze tego nie zmienią. Jak się okazało, racji nie mieli. Nic jednak dziwnego, że starali się łapać wszelkich kruczków, skoro sam Marcelo Bielsa zagroził, że odejdzie, jeśli nie uda się zatrzymać Javiego.

Po drugie, do ciemnej historii przeszło niezbyt godne pożegnanie Martíneza z Lezamą. Pod osłoną nocy udał się samochodem na klubowe tereny, niczym rasowy włamywacz przeskoczył przez płot i zaczął zmierzać, w kierunku szatni, aż został… obezwładniony przez ochroniarza. Jak wielkie musiało być zdziwienie, gdy wyszło na jaw, że nieproszonym gościem jest JaviMar, który rzekomo przyjechał tylko odebrać rzeczy osobiste, a zrobił to w taki, a nie inny sposób, bo bał się… konfrontacji z byłymi kolegami.

Po trzecie, na każdym kroku Bayern słyszał głosy krytyki, że 40 milionów euro to gruba przesada i pieniądze wyrzucone w błoto. Początkowo racja była po stronie krytyków. Javi przegrywał walkę o miejsce w składzie z Bastianem Schweinsteigerem i Luizem Gustavo. Wchodził przeważnie z ławki rezerwowych, spisywał się bardzo niepewnie, daleko od oczekiwań. Kiedy wydawało się, że dochodzi do formy, przeszkadzały mu kontuzje, niektóre wyjątkowo niebezpiecznie. Po jednym ze starć z rywalem, przez kilka dni nie widział na jedno oko.

„Trzeba dać mu czas. On wie, że może grać lepiej. Stać go na to” — wierzył w podopiecznego Jupp Heynckess. I słusznie.
Talent w końcu eksplodował. Z pomocą Mario Gómeza nauczył się mówić po niemiecku, przestał odczuwać presję, jaka spoczęła na nim po przeprowadzce do klubu tak wielkiego kalibru. Wywalczył miejsce w jedenastce, a żelazny duet Schweinsteiger-Martínez stał się najlepszą parą defensywnych pomocników w Europie.

„Widzę w nim nowego Platiniego… Albo jeszce lepiej… Martínez to nowy Beckenbauer!” — powiedział magazynowi „¡Olé!” Helmut Rogers, mieszkający w Dortmundzie kibic Bayernu, który na finał do Londynu jechał jedenaście dni… rowerem! Za sobą ciągnął ponad sto kilogramów pamiątek ukochanego klubu.

Spełniony sen o Guardioli

W debiutanckim sezonie w Bayernie rozegrał 42 mecze, strzelił cztery gole i zaliczył trzy asysty. Praca, jaką wykonuje na boisku nie pozostawia wątpliwości — te 40 milionów euro to jedne z najlepiej zainwestowanych pieniędzy w całej historii Bawarczyków.

Jednakże największym marzeniem Martíneza była pierwotnie przeprowadzka do Barcelony. W półfinale Ligi Mistrzów stanął naprzeciw niegdyś wymarzonego klubu. Sentyment poszedł wówczas w niepamięć, a on sam stał się jednym z grabarzy słynnej tiki-taki, na murawie przyćmił o wiele bardziej utytułowanych kolegów, z którymi na co dzień się przyjaźni i tak bardzo chciał dzielić szatnię.

W całej okazałości katalońskiego giganta od zawsze najbardziej podziwiał Josepa Guardiolę. I choć do Barcelony przez długi czas na pewno nie trafi, to jego drogi z Pepe i tak się skrzyżowały. Od przyszłego sezonu właśnie pod wodzą Guardioli rozpocznie walkę o kolejne, prestiżowe trofea.
„To wybitny, doskonały szkoleniowiec i jeszcze lepszy człowiek. Bayern nie mógł wybrać lepszego następcy dla Juppa Heynckessa. To wielkie wyróżnienie dla Bundesligi” — chwali przyszłego szkoleniowca.

Hiszpanie z Ligą Mistrzów (wcześniej Puchar Mistrzów) w zagranicznych klubach:

  • Javi Martínez (Bayern, 12/13)
  • Fernando Torres (Chelsea, 11/12)
  • Juan Mata (Chelsea, 11/12)
  • Oriol Romeu (Chelsea, 11/12)
  • Gerard Piqué (Manchester United 07/08)
  • Josemi (Liverpool, 04/05)
  • Luis García (Liverpool, 04/05)
  • Núñez (Liverpool, 04/05)
  • Xabi Alonso (Liverpool, 04/05)
  • Peiró (Internazionale, 64/65)
  • Luis Suárez (Internazionale, 63/64 i 64/65)

License

¡Olé! Magazyn - Numer 2/2013 Copyright © 2013 by ¡Olé! Magazyn. All Rights Reserved.

Feedback/Errata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *