Legenda Jednowymiarowa

¡Olé! Magazyn

Jose MourinhoAutor: Dawid Siedzik | Ilustracja: Marta Morawska

Najpierw z jego twarzy zszedł uśmiech, z czasem zabrakło też motywacji. Poświata glorii gdzieś zanikła. I choć wydawało się, ze jego ego nigdy nie podda sie zatraceniu, nie przypuszczał, ze w lipcu 2010 roku otwiera drzwi szatni, której najważniejsi członkowie trzykrotnie, z wysokości panteonu i na przełomie zaledwie jednego cyklu, pozdrowią piłkarski świat. A on przegra z własną pychą.

„Real patrzy na Mourinho”. Nagłówki prasowe w kwietniu 2010 roku nie myliły się. Portugalczyk, po wielkim tryumfie prowadzonego przezeń Interu nad Barceloną w półfinale Ligi Mistrzów, wyjeżdżał z Hiszpanii w glorii trenera zdobywcy i sławą godną najlepszego klubu XX wieku, który z utęsknieniem, po kolejnym sezonie upokorzeń, oczekiwał nadejścia zbawcy.

Osobista wojna

Heroiczne zwycięstwo Interu w dwumeczu i szaleńcza radość na murawie Camp Nou, tuż po końcowym gwizdku, miały mieć bowiem symboliczne znaczenie. Mourinho ekspresyjnym rajdem, z rękoma wzniesionym w geście tryumfu, udało się wzniecić ogień nienawiści wśród stronników gospodarzy, czym rozkochał całe madridismo. Ale Portugalczykowi nie wystarczała jedynie świadomość zwycięstwa i szansy na walkę o upragnione trofeum w finałowej bitwie z Bayernem. Plastycznymi, pełnymi emocji gestami zdawał się komunikować zebranej na Camp Nou publice, że rozpoczyna właśnie zuchwały marsz, którego oblicze to pasmo upokorzeń katalońskiej drużyny. Pewny swego Mou, po tym jak udało się mu skarcić chełpliwych, nazywających go „Tłumaczem” fanów Barçy, poczuł krew i za wszelką cenę chciał to zademonstrować. Bez zastanowienia rzucił wyzwanie najlepszej wówczas drużynie globu. Mógł sobie na to pozwolić, bo już wtedy, jak wykrzykiwały głodne spektakularnego spektaklu krajowe dzienniki, ściskał w garści kontrakt życia. Wiedział, że stanie na czele sił największego wroga Katalończyków — Realu Madryt. Czuł, że nie może się z obranej drogi wycofać, a Los Merengues będą najlepszym narzędziem do podjęcia osobistej krucjaty. Popełnił grzech pychy po raz pierwszy.

Przeznaczony dla Madrytu

Mourinho nie czekał długo z przyjęciem zalotów Realu. Zaledwie sześć dni po tryumfie w Lidze Mistrzów, stawił się na Concha Espina. Po drodze przyznał: „Madryt to moje przeznaczenie. Będę go trenował wcześniej czy później”, nie pozostawiając tym samym złudzeń Massimo Morattiemu — prezesowi Interu i dotychczasowemu szefowi. Był zdeterminowany, chciał natychmiastowej realizacji założonego na Camp Nou planu. Niebiesko-czarna część Mediolanu płakała, a Mou, jakby na złagodzenie bólu kibiców, podkreślał, że czuje na sobie nienawiść całych Włoch — zarówno prasy, jak i ligowych trenerów, co zmusza go do opuszczenia Serie A (czas pokazał, że Portugalczyk nie lubi uczyć się na błędach).

Ojciec sukcesów Porto, Chelsea i Interu, od początku międzynarodowej kariery, miał jedną ważną cechę — potrafił pisać historię. Zrobił to w Portugalii, połowicznie w Anglii i spektakularnie we Włoszech, gdzie przywiózł do Mediolanu, po niemal pół wieku, kolejny Puchar Mistrzów. Wyznawcy piłkarskiej religii w każdym zakątku świata doceniali jego geniusz. Jego sława dotarła również do Madrytu, jeszcze przed zwycięstwem nad Barçą. W wywiadzie dla „Sky Sports”, w połowie kwietnia 2010 roku, Cristiano Ronaldo, ciągle grający pod batutą Manuela Pellegriniego, z którym mógł zdobyć mistrzostwo kraju, przyznał: „Bardzo mi się podoba jako trener. Jest typem zwycięzcy”. Mou usłyszał tym samym pochwałę z ust największej gwiazdy, kluczowego zawodnika, nowego symbolu klubu, wreszcie rodaka. Ale to nie był jedyny sygnał fascynacji zespołu jego warsztatem. Ronaldo wtórował kilka dni później Jerzy Dudek, nazywając Portugalczyka „doskonałym taktykiem”. To oddawało atmosferę i nastawienie szatni. Wydawało się, że pokazuje, iż jest gotowa i w pełni zdecydowania na przyjście złotoustego trenera Interu — z jego wadami i przywarami.

Gotowi byli też kibice, choć jeszcze na początku miesiąca, w sondzie przeprowadzonej przez „Marcę”, opowiadali się za kandydaturą Rafaela Beníteza. Mourinho wygrał ten wyścig, o kilka długości, po zwycięstwie w półfinale Champions League. Wyeliminowaniem Katalończyków zapobiegł przecież, hańbiącej z perspektywy kibica Realu, grze Barcelony w finale rozgrywanym na Santiago Bernabéu. Głuchy na głos szatni i socios nie pozostawał też prezes Realu Florentino Pérez. Magnat budowlany uwierzył, że dla sukcesu, który uosabiał w jego oczach Portugalczyk, może po raz pierwszy nagiąć swoje zasady i oddać trenerowi pełnię władzy.

The Special One mógł więc pisać historię także w stolicy Hiszpanii. W jednej chwili miał za sobą cały Madryt. Zbudował swoją legendę, zanim się tam pojawił, przyjmując ją za fakt niemal natychmiast. Nie przypuszczał, że zysk szybko zdobyty, równie szybko można stracić, a za ekstatycznym powitaniem przyjdzie śmiertelnie poważne oczekiwanie sportowej chwały zespołu. Popełnił grzech pychy po raz drugi.

Portugalski bożek

Szybki transfer, tuż po zakończeniu sezonu, pozwalał na szerokie roszady. Portugalczyk zaprezentował też swój dekalog. Wśród nich — jedno z najważniejszych przykazań — władza. Tą nie chciał się dzielić z nikim. Choć publicznie tego nie przyznawał, zneutralizował rolę dyrektora sportowego Jorge Valdano. Nie obyło się bez aspektu psychologicznego. Argentyńczyk krytykował trenera, jeszcze przed jego przyjściem, za metody pracy, podkreślając, że nie uważa go za najlepszego trenera świata. Późniejsze przeprosiny nie pomogły. Argentyńczyk nie rozumiał filozofii Mourinho, który w wywiadzie poprzedzającym prezentację na Bernabéu podkreślał: „Tylko ja decyduję, jak gra pierwszy zespół”. Permanentny konflikt zakończył się kilka miesięcy później — oczywiście odejściem Valdano, który stał się demonstracyjną ofiarą nowego trenera, a który miał przestrzegać wszystkich zakładających wyzwanie go do wojny. Portugalczyk zrazu wrósł więc w strukturę, która wyżej sytuowała jedynie prezesa. Stał się wszechwładnym bożkiem, który z racji wypracowanej potęgi, odebrał sobie również margines dla przyszłych błędów. Oprócz Péreza, wszyscy musieli znać jego pozycję — Real to Mourinho, miał wyznawać licznymi gestami. Przyglądał się temu zaskoczony zespół — spodziewający się ojca i przyjaciela podopiecznych jednocześnie, jak miał to Portugalczyk w zwyczaju robić w poprzednich miejscach pracy. Popełnił ten sam błąd po raz trzeci. Jego potęga miała runąć trzy lata później.

Zabójcza szatnia

Warsztat Mourinho, charakterystyczny m.in. z doskonałych relacji z zespołem, objawiał się silnymi związkami ze starszyzną drużyny, bądź kluczowymi graczami szatni. W Porto byli to: Vítor Baía, Carvalho, Maniche czy Costinha. W Chelsea Mou współrządził z: Lampardem i Terrym, z kolei w Interze z: Materazzim (objęci po wygranym finale LM w płaczącej pozie), Zanettim czy Milito. Zawodnicy ci byli przedłużeniem jego postawy na boisku, zapewniając mu świadomość wsparcia i silnego charakteru, co było dla niego szalenie ważne. Nakarmiony chwałą dwóch Pucharów Europy, pewny sławy rodzącej się w Madrycie oraz bezgranicznego poparcia szatni, Mourinho zaniedbał wprowadzenia świetnie działającej dotychczas taktyki w nowym klubie.

A zadanie miał ułatwione, bo wraz z jego nadejściem, w Realu miało dojść do pokoleniowej zmiany. W maju 2010 roku na wylocie byli dwaj pierwsi kapitanowie zespołu, zarazem jego legendy: Raúl oraz Guti. Portugalczyk zrezygnował z walki o utrzymanie obu, choć wychowankowie, w podzięce za uznanie, mogli mu zapewnić ciągłość i utrzymanie dotychczasowej hierarchii. Obaj znali szatnię doskonale, obaj trzymali ją w ryzach, obaj wreszcie przeżyli całą epokę Péreza — z jej wzlotami i upadkami. Byli kluczem do płynnego podbicia serc jej członków. Portugalczyk nie zatrzymał przede wszystkim symbolu i zarazem najlepszego strzelca w historii klubu — Raúla, który jeszcze w maju deklarował przecież chęć współpracy z nowym trenerem, i który był gotów zaakceptować pomniejszą rolę sportową.

Wygrała niechęć do silnych osobowości. Szatnię mieli przejąć, po wprowadzanej przez Péreza hispanizacji zespołu: Casillas, Alonso i Ramos. Mourinho postawił na swój autorytet: podwójnego zdobywcy LM. Portugalczyk był przekonany, że podobnie, jak w innych klubach, uda mu się swoimi sukcesami oraz osobowością zdobyć najważniejszych graczy, uświadomić zespół, że obrana przez niego droga oznacza pasmo sukcesów. Krach tej tezy, choć Portugalczyk odczuł to z kilkunastomiesięcznym opóźnieniem (sezon trzeci), przyszedł bardzo szybko, bo 11 lipca 2010 roku. Hiszpanie wygrywają Puchar Świata, zaś dwaj z trzech kapitanów, trafiają do „11” turnieju (Casillas, Ramos), dorzucając do wygranych dotychczas klubowego Pucharu Europy (Casillas z Realem, Alonso z Liverpoolem) i mistrzostwa kontynentu z reprezentacją (2008) — mistrzostwo globu (2010). Wracają do kraju jako bohaterowie. Ich piersi przyozdobiły kolejne medale, o których Portugalczyk mógł tylko marzyć. Mou przestał być człowiekiem, którego sukcesy przysłaniają osiągnięcia członków wpatrzonego w niego zespołu (tak było i w Chelsea, i w Interze).

Mourinho nie zmienia w porę frontu — ma liczyć się tylko drużyna. Zaś ster utrzymuje tylko jeden kapitan — on sam. Sytuuje się tym samym niemal w całkowitej opozycji do jowialnego i wyrozumiałego Vicente del Bosque — trenera reprezentacji, a od lipca 2010 nowego guru kapitanów Realu. Hiszpan to były trener Galácticos, pierwszej ery Florentino Péreza, który zarządzał szatnią z Zidanem, Figo, czy brazylijskim Ronaldo, a który potrafił docenić i wyróżnić największe postaci zespołu. Człowieka, który zapewnił klubowi ósmy i dziewiąty Puchar Mistrzów. Sfinks, mimo iż nie kreował wielkiego show podczas konferencji prasowych, m.in. wielką kulturą osobistą poprowadził Hiszpanów do największego sukcesu w historii ich futbolu. Miał wielki autorytet, który znaczył więcej, niż ten nowego trenera Madrytu. Mourinho zdawał się tego fenomenu nie dostrzegać, popełnił więc grzech pychy po raz czwarty.

Budowanie napięcia

Pierwszy sezon, to kluczowe dla budowy zespołu — kreowanie napięcia. Z pomocą przyszła sromotna porażka z Barceloną 0:5 w listopadzie 2010 roku. Mourinho otrzymał gorzki dar od losu, by móc wpoić swoim podopiecznym, czym jest lekceważenie Katalończyków — od tego momentu śmiertelnego, osobistego wroga wszystkich piłkarzy. Tym samym włączając ich do swojej osobistej krucjaty, podkreślał tuż po meczu początek morderczej drogi na szczyt: „Barça to gotowy produkt, a przed nami wciąż jest długa droga”. Mourinho postanowił wykorzystać nadarzającą szansę i nauczył szatnię rywalizacji wykluczającej zgodę na dominację przeciwnika. Należało walczyć niezależnie od środków. Real niemal natychmiast przepoczwarzył się z zespołu grającego ofensywny futbol (rekordy bramkowe za Pellegriniego), w zespół do którego przylgnęła łatka brutali (symbolem Pepe). Od tego momentu, przed każdym spotkaniem na szczycie, przyjmowano zakłady na liczbę oraz minutę pierwszej czerwonej kartki dla „Królewskich”. Zespół uwierzył Mou, że to jedyna droga w marszu na szczyt, choć w pierwszym za ery Portugalczyka półfinale Ligi Mistrzów, poprzez niezasłużoną kartkę Pepe, zapłacił za to słoną karę. Klub zgubił gdzieś swoją osobowość, ale piłkarze rozumieli potrzebę ofiar, zaś sukcesy miały przyjść w kolejnych sezonach. Pycha Mourinho odezwała się po raz piąty.

Niespodziewany krach

Zespół, mimo wpadek i zmian, ufał Mou, bo Portugalczyk swoje największe sukcesy odnosił w drugim sezonie opieki nad drużyną. Bezkrytyczna wobec tego prawidła ekipa, przystała na zmianę taktycznego usposobienia. Domeną Realu stał się kontratak, który miał zapewnić powstrzymanie szalejącej na wszystkich frontach Barcelony, zawsze na wskroś ofensywnej. Real każdego dnia zmieniał swoje historyczne oblicze, ale to skutkowało. Barcelona przegrała mistrzostwo, Real parł, by odebrać też zasłużone i wyczekiwane przez wszystkich trofeum — La decimę. Nabierająca rozpędu maszyna zacięła się niespodziewanie 25 kwietnia 2012 roku. Zawiedli ci, którzy mieli zapewnić historyczną chwałę i trzecią wygraną trenera, z trzema różnymi klubami w Lidze Mistrzów. W konkursie karnych z Bayernem spudłowali: Kaká, Ronaldo i Ramos. Okazało się wówczas, że istnieją inni rywale mogący powstrzymać Real, niż upiorna Barcelona, a Mourinho, swoim jestestwem, nie zapewnia monopolizacji sukcesów. Nie było powtórki z meczu Porto z Manchesterem z 2004 roku, gdzie prawdopodobnie błąd sędziego zapewnił mu awans do ćwierćfinału, nie było też pyłu wulkanicznego nad Europą z 2010 roku. Ale José miał na swoje porażki kolejne, niepodważalne usprawiedliwienia. To był jego szósty raz.

Mourinho przegrał wówczas to, co mógł przegrać. Legendę zwycięzcy, trenera zmieniającego oblicza drużyn, medialnego bożka. Trzeci sezon okazał się jedynie konsekwencją wcześniejszych pomyłek. Zespół zrozumiał, że został wciągnięty w osobistą wojnę, której cele nie zawsze pokrywają się z celami kolektywu. Prasa w opinii Portugalczyka była jeszcze bardziej krwiożercza, zespół coraz mniej zaangażowany. Winnych nie brakowało, wśród nich nawet ci, których Madryt uważał za stronników trenera: Pepe i Ronaldo. Ośmieszył wreszcie i publicznie spoliczkował największą grającą legendę klubu — Casillasa. Na nic się zdało ratowanie szatni transferami Modricia i Essiena, nie pomógł mu też zaciąg niemiecki. Mourinho zabił w swoich piłkarzach głód wygrywania. Na nic się zdała także wszechwładza. Portugalczyk zachłysnął się swoim ego.

Mordercza presja

Gdy w 2010 roku Mourinho przejmował zespół, były trener Realu Bernd Schuster publicznie przestrzegał go przed niespotykaną nigdzie indziej skalą presji. Portugalczyk jako były trener lokalnego mistrza — Porto, nowobogackiego dorobkiewicza — Chelsea i wzdychającego do zamierzchłych sukcesów Interu, nie rozumiał, że przychodzi do klubu z najbogatszą historią i największymi sukcesami, gdzie kolejna zdobycz nie równa się zapisaniu w annałach drużyny, i gdzie w gablotach muzeum stoi niemal dwukrotnie więcej pucharów, niż zdobyły wyżej wymienione ekipy. Zderzył się z legendą, od której musiał się niechybnie odbić. Przegrał. A gdy przychodził, podkreślał: „W moim wieku, z tak licznymi sukcesami na koncie, co ja, nikt mnie już nie testuje. Czuję ogromną motywację i odpowiedzialność, ale przy tym żadnej presji. Jeśli wygram, to dobrze, ponieważ wygrywając przyzwyczajasz się do zwycięstwa. Jeśli przegram, no cóż, życie toczy się dalej i przyjdzie czas na inny projekt. Taki, w którym będę mógł znów zwyciężać”. Potknął się po raz siódmy.

Czas więc na nowy projekt, José. A szkoda, bo Madryt w Ciebie wierzył.

License

¡Olé! Magazyn - Numer 2/2013 Copyright © 2013 by ¡Olé! Magazyn. All Rights Reserved.

Feedback/Errata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *