Monchi — król na zakręcie

Autor: Piotr Dyga

Monchi, człowiek w znacznym stopniu odpowiedzialny za sukcesy Sevilli w ostatnich latach, już niedługo może zniknąć ze świata hiszpańskiego futbolu. Stolica Andaluzji szykuje się do małej rewolucji.

Monchi

Tarantula

Chociaż Monchi rolę dyrektora sportowego Los Nervionenses pełni od 2000 roku, za początek jego ery wielu uznaje transfer z zimowego okienka sezonu 02/03. Wtedy to właśnie Hiszpan zaprezentował światu prawego obrońcę zwanego Tarantulą. Brazylijczyk, który dziś znany jest jako Dani Alves, został najpierw wypożyczony za pół milion dolarów, a później kupiony po dopłaceniu sumy trzykrotnie wyższej. O tym, jak wspaniały interes zrobiła Sevilla, decydując się na obserwowanie gracza ze znajdującej się na końcu świata Bahii, dziś wie każdy. Wtedy nie wiedział jeszcze nikt. Do momentu transferu defensora Monchi zatrudnił 33 graczy, z których przerażająca większość okazała się niewypałami. Andaluzyjczycy w tamtym czasie ciągle poszukiwali szkieletu drużyny, dlatego rotacja kadrowa były aż tak wielka. Dobre ruchy (kupienie Davida z Mallorki albo Pablo Alfaro z Meridy) przeplatane były złymi (Vinny Samways z Las Palmas czy José Taira z Salamanki). Jednak karierę Monchiego zawsze naznaczały pojedyncze wybitne transfery, a nie sukcesywne, powtarzalne transfery poprawne. W maju minęło trzynaście lat od kiedy obecny dyrektor sportowy Sevilli nosi garnitur i zamiast do szatni, każdego dnia udaje się do biura. Wcześniej był bramkarzem i niemal całe lata 90-te spędził broniąc barw Los Nervionenses. Od kilkunastu lat Hiszpan jest praktycznie najważniejszą osobą w klubie. Jego autonomia jest bezprecedensowa, a pozycja niepodważalna.

Raz z górki…

Jeśli ktoś na początku wieku uważał, że transfer Daniego Alvesa był tylko łutem szczęścia, szybko musiał zmienić zdanie. W kolejnych latach do Sevilli przychodzi zawodnicy tacy jak Renato, Adriano, Frédéric Kanouté, Luís Fabiano, Seydou Keita, Enzo Maresca, czy Andrés Palop. Monchi przez lata pracy na Sánchez Pizjuán stworzył gęstą sieć skautingu obejmującą nie tylko Hiszpanię i Europę, ale też kraje afrykańskie i Amerykę Południową. Wielu piłkarzy dyrektor obserwował osobiście, często wielokrotnie. Wielu też sprzedał z gigantycznym, często kilkunastokrotnym zyskiem, ale zawsze po paru latach. Sevilla nigdy nie chciała uchodzić za klub, który jest tylko przystankiem na drodze do sławy. Wychowankowie bardzo rzadko opuszczali Sánchez Pizjuán w młodym wieku, większość starała się budować swoją karierę w Andaluzji. Wyjątkami są Sergio Ramos i José Antonio Reyes. Na obu ekipa z południa Hiszpanii zarobiła po kilkadziesiąt milionów euro. W czasach rządów duetu Monchi — del Nido, Sevilla wygrała dwa Puchary Króla, krajowy superpuchar, dwa Puchary UEFA i Superpuchar Europy. W każdych z tych rozgrywek decydującą rolę odgrywali zawodnicy wypromowani lub odkurzeni przez bohatera tego tekstu.

… raz pod górkę

Monchi, mimo że ciągle ma pełne prawo zasłaniać się znakomitymi ruchami z przeszłości, w ostatnich latach zyskał wielu krytyków, którzy zarzucają mu, że działa na oślep, że na każdy transfer dobry przypada kilka złych, że niektórzy kupieni przez niego piłkarze to obraza dla wizerunku klubu. Opinie są oczywiście mocno przesadzone, ale prawdą jest, że był okres, kiedy dyrektor sportowy (od pewnego czasu zasiadający też w zarządzie klubu) po prostu tracił grunt pod nogami. Tak było chociażby po odejściu Kanouté i Luísa Fabiano, kiedy jedynym zdatnym do gry napastnikiem był Negredo, a próby znalezienia dla niego zmiennika wyglądały bardzo nieporadnie i — co tu kryć — zakończyły się totalną klapą. Niedawno sporo zamieszania było też z obsadą bramki, ale tam udało się sprowadzić solidnego Beto. Transfery takie jak te Manu del Morala, Javiego Hervása czy Miroslava Stevanovicia nie przynoszą chluby ludziom za nie odpowiedzialnym. Sam Monchi problemy tłumaczy spadkiem prestiżu klubu. „Atlético i Valencia kiedyś były na naszym poziomie, ale teraz są w stanie ściągnąć lepszych piłkarzy. Podobnie Athletic, ale jego model funkcjonowania jest oczywiście inny” — stwierdził w wywiadzie dla lokalnej prasy. Na niekorzyść Sevilli działa też to, że drużyna w ostatnich latach nie dość, że nie jest w stanie zapewnić piłkarzom grania w Lidze Mistrzów, to jeszcze ma gigantyczne problemy z zajmowaniem miejsc premiowanych grą w Lidze Europy. Perspektywa kopania futbolówki w Primera División może podziałać na nastolatka z drugiego końca świata, ale nie będzie miała żadnego wpływu na zawodnika uznanego, a właśnie takich ludzi potrzeba klubowi z Sánchez Pizjuán.

Niepewna przyszłość

Ostatnie transfery Monchiego — Rakitić, Medel, Kondogbia, pewnie też Rabello — były bardzo udane i można by je uznać za zwiastun lepszych czasów, gdyby nie jeden szkopuł. Sevilla się rozsypuje. Prezes José María del Nido od paru lat balansuje na granicy więzienia, drużyna plasuje się w środku tabeli, a klub bez skrępowania ogłasza, że jest gotowy na rozmowy o sprzedaniu każdego zawodnika. Jesús Navas już zniknął, Álvaro Negredo zniknie lada chwila. O Kondogbię biją się największe drużyny świata, Gary Medel też bez trudu znalazłby nowego pracodawcę gotowego przymknąć oko na wariactwa Chilijczyka. Mówi się, że w przyszłym sezonie Los Nervionenses wystawią skład mniej więcej w połowie składający się z nowych zawodników. Zawodników, których trzeba będzie kupić tanio, a najlepiej ściągnąć za darmo. Pole do popisu dla Monchiego, prawda? No właśnie nie wiadomo, bo Hiszpan poważnie zastanawia się nad wycofaniem. Pod koniec zeszłego roku ogłosił, że zrezygnuje z funkcji w zarządzie i jeśli nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, chętnie pozostanie jedynie dyrektorem sportowym. Pod jednym jednak warunkiem — drużyna musi osiągnąć zakładane cele. Monchi nie powiedział, o jakie cele chodzi, ale trudno zakładać, żeby miał na myśli dziewiąte miejsce w tabeli.

Odejście dyrektora sportowego byłoby tragedią. Nie dlatego, że nie dałoby się go zastąpić, bo nie ma ludzi niezastąpionych, ale raczej dlatego, że Los Nervionenses nie znają życia bez Monchiego i bardzo trudno byłoby się im do nowej sytuacji przyzwyczaić. Hiszpan miał swoje lepsze i gorsze dni, lepsze i gorsze transfery. Czasami ratował drużynę, czasami wbijał jej nóż w plecy, ale zawsze był obecny i zawsze starał się wszystko kontrolować. Mając prezesa takiego jak del Nido, posiadanie dyrektora sportowego gotowego do podejmowania kluczowych decyzji i nakreślania drogi, jaką ma iść klub, jest wielką rzeczą. Bez Monchiego faza przejściowa, jaka niewątpliwie stanie się w najbliższym czasie udziałem Sevilli, będzie boleśniejsza, dłuższa i może nie zakończyć się w sposób, o jakim marzą fani.

License

¡Olé! Magazyn - Numer 2/2013 Copyright © 2013 by ¡Olé! Magazyn. All Rights Reserved.

Feedback/Errata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *