Przepytujemy: Adrian Wójcik Koseła

Rozmawiał: Daniel Kawczyński

Kocham Betis, ale wybrałem Sevillę!

Adrian-Wojcik-Kosela

Rodzice są Polakami, ale urodził się w Hiszpanii. I choć spędził tam całe dzieciństwo, czuje się Polakiem. Językiem ojczystym włada całkiem przyzwoicie, czego mogliby się nauczyć niektórzy reprezentanci Polski. Zarażony przez ojczyma miłością do futbolu, ruszył jak z procy do budowy wielkiej kariery. Trzy ostatnie lata spędził w Betisie. Teraz rozgląda się za nowym pracodawcą, w grę wchodzą Hiszpania lub Polska, ale życie może napisać różny scenariusz. Poznajcie Adriana Koselę-Wójcika!

Nie tak dawno, w rozmowie z portalem VCF.pl, mówiłeś: „Nie myślę o zainteresowaniu innych klubów ani o przenosinach. W tym mieście i w tym klubie czuję się świetnie, więc myślę tylko o rozwoju w Betisie. Inne kluby mnie na razie nie interesują”. Jasno więc dawałeś do zrozumienia, że nie myślisz o zmianie barw klubowych. Co wpłynęło na nagłą zmianę Twojej decyzji?
Prawdę mówiąc nad przeprowadzką zastanawiałem się już od dłuższego czasu. W zakończonym sezonie rezerwy Betisu grały w Segunda B, czyli na trzecim poziomie rozgrywkowym. Graliśmy słabo, często przegrywaliśmy, aż spadliśmy do Tercera. Gdy się na to zanosiło powiedziałem, że już dosyć, bo przecież w czwartej lidze trudno się rozwinąć. Musiałem się zastanowić co dalej. Całego życia także nie mogłem spędzić w Betisie.

A personalnie, jak ocenisz miniony sezon?
Nie był zły w moim wykonaniu, choć nie był też nie wiadomo jak dobry. Z młodzieżowym zespołem zaliczyłem dwa turnieje. W Chorwacji graliśmy z Hajdukiem Split, Valencią, Dinamem Kijów, Bursasporem, Dinamem Moskwa, Dinamem Zagrzeb i Espanyolem Barcelona. Niestety nasz występ, to była katastrofa! Zajęliśmy czwarte miejsce, choć ja na pocieszenie strzeliłem trzy gole. Jedną mniej zdobyłem w San Sebastián, gdzie mierzyliśmy się z Villarrealem, Espanyolem, Realem Sociedad, Osasuną i zespołami z Japonii i Czech. Skończyliśmy lepiej niż w Chorwacji, bo na trzeciej lokacie. Niestety dużo straciłem w czasie dwóch miesięcy przerwy, kiedy dolegał mi ból rwy kulszowej. To było coś okropnego! Na szczęście jest już po wszystkim, wróciłem do treningów i pomyślałem o przyszłości.

Jak będziesz wspominał swoją przygodę z Betisem?
To był naprawdę świetny czas, trzy niezapomniane lata pełne przeżyć! Wiele osiągnąłem, rozwinąłem się jako piłkarz. Byłem nawet królem strzelców w rozgrywkach młodzieżowych, bardzo poszedłem do przodu, co zaowocowało powołanie do kadry Polski U-19. Jestem dumny z tego, że mogłem grać w tak wielkim klubie jak Betis. Nie powiem ani jednego złego słowa na Betis! Nie mam takiego prawa ani powodu!

Mimo przywiązania do Betisu, zdecydowałeś się na przejście do największego lokalnego rywala…
Cóż taka jest piłka. Oferta Sevilli była zdecydowanie najlepsza i przebiła wszystkie. Przede wszystkim chciałem być blisko domu, blisko Malagi, gdzie mieszkają moi rodzice. Stamtąd mam tylko dwie godziny i już jestem. To w głównej mierze zaważyło. Zyskam też wiele pod względem sportowym. Okres przygotowawczy spędzę wspólnie z pierwszą drużyną Sevilli, a następnie dostanę szansę występów w trzecioligowych rezerwach. Gdybym został w Betisie, musiałbym grać w czwartej lidze, co na pewno nie wpłynęłoby dobrze na mój rozwój. A ja chcę przecież grać na niezłym poziomie i to regularnie, by móc być docenionym i powołanym do reprezentacji. To dla mnie bardzo ważne.

Kibice Betisu nie są zachwyceni Twoją przeprowadzką. Pewnie długo będą ją rozpamiętywać.
Mam nadzieję, że zrozumieją powody mojej decyzji. Naturalnie przeglądałem inne propozycje, ale wolałem zostać w Hiszpanii i w mieście, które dobrze znam. Poza tym coś musiałem zrobić, skoro Betis mnie odpuścił…

Działacze i trenerzy nie chcieli cię zatrzymać?
W tym roku wygasał mi kontrakt z Betisem i po prostu postanowiłem go nie przedłużać. Całą sprawę załatwiał mój menadżer. W klubie trochę się pozmieniało, jeśli chodzi o grupy młodzieżowe, przykładowo mojego trenera Juanmę Puentenuevę zastąpił Gustavo. Nowi szkoleniowcy nie znali piłkarzy tak, jak poprzednicy. Nikt nie robił żadnych problemów, nie miał pretensji, ani też nie chciał zatrzymać na siłę. Powiedzieli: „Skoro tak, to OK”, pozwolili mi też trenować, abym nie zatracił formy i utrzymał rytm, póki nie znajdę nowego klubu. Zostałem wolnym zawodnikiem i czekałem na oferty, a tych ciekawych naprawdę nie brakowało.

Pochwal się, od kogo te oferty. W Polsce mówiło się o Śląsku i Legii. Byłeś też blisko Wisły.
[śmiech] Nie mogę nic powiedzieć, bo tak naprawdę wszystko leżało w rękach mojego menadżera. Na pewno były z Primera División, Segunda i angielskiej Championship. Z klubów ekstraklasy także. Myślałem nawet, by zdecydować się na pierwszą ligę, o ile organizacja drużyny i możliwości rozwoju byłyby zadowalające. Byłem otwarty na wszystko.

Rozważałeś Polskę jako możliwy kierunek piłkarskiej emigracji?
Oczywiście, bo w końcu jestem Polakiem. W rodzinnym Świdwinie miałem dziadków, a bywałem tam co wakacje. Są też wujkowie, kuzyni i ciocie. Gdy tylko miałem okazję, odwiedzałem Polskę, mam tu paru znajomych. Bardzo chciałbym poznać kraj moich rodziców i rodzime rozgrywki. Gdy tylko mam czas oglądam Ekstraklasę!

Niestety poziom Ekstraklasy i reprezentacji Polski nie jest najwyższy. Dani Quintana stwierdził kiedyś, że poziom zbliżony jest do Segunda B.
To nieprawda! Macie o wiele lepsze stadiony. Może rzeczywiście na tle innych lig Polska nie wypada najlepiej, ale to w końcu Ekstraklasa, najwyższy poziom rozgrywkowy. Znacznie łatwiej wybić się gdzieś wyżej do Europy, skauci często bywają na meczach z notesami w ręku i obserwują młodych piłkarzy, którzy potem trafiają gdzieś do Niemiec czy Włoch, a więc do krajów, gdzie futbol stoi na wysokim poziomie. W Segunda B trudniej się wypromować.

Hiszpanie i w ogóle piłkarze wyszkoleni w tym kraju to w Polsce to lekka zagadka. Niektórzy, jak Ruben Jurado, Iñaki Astiz czy Dani Quintana potrafili się wybić i stanowią podporę swoich klubów. Ale są też tacy, którym się nie udało i wrócili z podkulonym ogonem. Z czego to wynika?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo nigdy nie grałem w Polsce. Jednak oba kraje różnią się pod paroma względami. W Polsce piłka jest bardziej siłowa, w Hiszpanii stawia się na szybkość i technikę. Może właśnie w tym jest jakieś wytłumaczenie… Z drugiej strony przypadek każdego gracza trzeba rozpatrywać indywidualnie.

W marcu zostałeś zaproszony przez selekcjonera Marcina Sasala na konsultację do reprezentacji Polski U-19. Niedawno twoi koledzy walczyli w Polsce o awans na mistrzostwa Europy, m.in. z Hiszpanią. Niestety bez ciebie, bo nie otrzymałeś powołania. Byłeś rozczarowany?
Trochę się zdenerwowałem. Ostatnio przecież pojechałem na kadrę, a teraz się nie udało, choć wtedy nie wypadłem źle, zdobyłem bramkę, a trener był zadowolony. O wszystkim miał mnie informować, a tymczasem na eliminacje nie pojechałem. Nie rozmawiałem z nim jeszcze o tym. Wiem, że ostatnio musiałem trochę odpocząć z powodu kontuzji, więc muszę dalej ostro trenować, żeby podobna sytuacja już się nie powtórzyła.

Może gdybyś zagrał, twoi koledzy — przy wykorzystaniu Twojego hiszpańskiego doświadczenia i znajomości reprezentantów — zagraliby lepiej z Hiszpanią.
[śmiech] Samego meczu nie oglądałem, ale czytałem relacje i przeglądałem opinie. Przegrali tylko 0:1 i choć nie grali zbyt dobrze, to Hiszpanie musieli się namęczyć, by wywalczyć zwycięstwo.

Koniec końców występ Polaków w turnieju kwalifikacyjnym okazał się wielką kompromitacją.
Ciężko mi powiedzieć, dlaczego tak się stało, bo nie byłem wtedy z drużyną ani też z nikim nie rozmawiałem. Nie mogę jednak uwierzyć, że mając tak świetnych zawodników, Polska przegrała wszystko co można było przegrać.

Mówi się, że Twoim kolegom z kadry po prostu nie chcę się walczyć za kadrę. Bardziej za to przykładają się do gry w klubach.
To zbyt pochopne stwierdzenie. Jestem pewien, że problem leży gdzie indziej. Gdzie? Nie wiem, bo nie było mnie wtedy w kadrze. Piłkarz zawsze walczy na boisku. Nie ważne, czy gra w klubie czy w reprezentacji. Kadra to przecież świetna promocja. Są obecni skauci i można zwrócić czyjąś uwagę, aby potem postarać się o transfer. Choćby dlatego należy się starać.

W kadrze byłeś jedynie na jednym zgrupowaniu. Zdążyłeś się już zaznajomić z kolegami z szatni?
Dużo czasu nie miałem, ale bardzo polubiłem się z Sewerynem Michalskim. Zawsze dużo rozmawiamy na różne tematy, gdy czegoś nie wiem bądź nie rozumiem, on mi pomaga. To dobry chłopak, rozmawiamy nawet teraz przez Facebooka. Z nim mam najlepszy kontakt, z resztą jeszcze nie.

Ważnym elementem integracji jest znajomość języka polskiego. Ty radzisz sobie z tym całkiem nieźle.
Tak! Mama uczyła mnie polskiego odkąd skończyłem dwa lata. Nie mam problemów z porozumiewaniem się, na kadrze zawsze rozumiałem polecenia trenera. Gorzej jest z pisaniem, gdzie popełniam dużo błędów ortograficznych, ale nie ma się co dziwić, gdyż nie urodziłem się w Polsce i w szkole nigdy nie uczono mnie ojczystego języka.

Znajomości polskiego mogliby ci pozazdrościć niektórzy reprezentanci. Do niedawna kadrowicz, Ludovic Obraniak nie nauczył się języka, mimo że grał dla Polski przez dobre kilka lat. Nasza mową nie posługuje się też twój kolega z Betisu — Damien Perquis. Utrzymujecie kontakt?
Jasne i muszę ci powiedzieć, że z jakieś pięć miesięcy temu rozpoczął naukę polskiego! Wprawdzie gadaliśmy po polsku i angielsku, ale po naszemu już coś mówi. Poza tym, to świetny facet. Spotkałem go, gdy po raz pierwszy przyjechał do Sewilli. Dał mi nawet swoje korki!

Niestety dla Perquisa, poprzedni sezon był strasznie nieudany. Grał mało, stracił miejsce w reprezentacji, często łapał kontuzje, nie znajdował się też w wysokiej formie…
Ale on jeszcze pokaże co potrafi! Według mnie to świetny piłkarz, dużo walczy i jeszcze pokaże na co go stać!

Jak w Hiszpanii odbierana jest polska piłka?
Raczej pozytywnie. Niestety polska reprezentacja i kluby często przegrywają i koledzy z Betisu często mi z tego powodu dokuczali, oczywiście jak najbardziej sympatycznie. Ogólnie jednak o Polsce jako kraju mają dobre zdanie. To trochę moja zasługa, bo zachwalam nasz kraj. Mówię o ciekawych miejscach, pięknych dziewczynach, dobrym jedzeniu. [śmiech]

Jednak polskich piłkarzy chyba nie mają prawa nie znać, zwłaszcza po niedawnych porażkach Málagi i Realu.
[śmiec] No jasne, że znają. Najbardziej zachwycają się Lewandowskim. Mówią, że to jeden z najlepszych napastników Europy, koniecznie chcą, by wzmocnił Real. Docenili go po porażkach Málagi i Realu. Znają też Piszczka i Błaszczykowskiego, choć mają problem z wymówieniem nazwiska. Pamiętają również Euzebiusza Smolarka z Racingu Santander, no i oczywiście Wojtka Kowalczyka. Pamiętam, jak przychodziłem do Betisu, od razu mówili, że mogę być drugi „El Polaco”. Jednak koledzy z boiska częściej wołali na mnie: Lewandowski. [śmiech]

Wnioskuję, że w szatni Betisu atmosfera jest przednia.
Jak najbardziej! To nie tylko świetni piłkarze, ale też świetni ludzie. Gdy przychodziłem, ani trochę nie miałem problemów z adaptacją. Byłem szczęśliwy, czułem się bardzo dobrze i bardzo szybko znalazłem nowych kolegów. I tak z Francisco Varelą, Álvaro Vadillo, Pablo Ganetem czy Adriánem Rodríguezem stworzyliśmy świetnie zgraną paczkę.

Trzy lata temu wcale nie musiałeś skończyć w Betisie.
No tak. Gdy po sześciu latach treningów w Benamiel trafiłem na rok do Fuengiroly, mocno wypytywały się mnie Inter, Liverpool, Espanyol i Juventus. Zainteresowanych było dużo, naprawdę. Ja jednak wolałem pozostać bliżej domu i wybrałem Sewillę, położoną blisko Málagi. Przeprowadzka dużo mnie nauczyła. Od trzech lat mieszkałem w Sewilli sam, z dala od rodziców. I jak teraz na to spojrzeć, była to bardzo dobra decyzja.

Przeprowadzka w wieku szesnastu lat to odważny krok. Mama się nie martwiła?
Martwiła i to bardzo! Wieczorem stale dzwonił telefon. Mama i tata zawsze byli przy mnie, pytali się co słychać i gdy mogli zaglądali na mecze. Wspierali mnie w każdej chwili. Naprawdę dużo im zawdzięczam. Gdyby nie mój prawdziwy tata, David, nie wiem, czy byłbym piłkarzem!

To on cię w to wszystko wciągnął?
Kiedy miałem dziewięć lat, wrócił z pracy i… kupił mi korki. Powiedział: „Od dzisiaj zaczynasz grać w piłkę, musisz coś w życiu robić!”. Pomógł mi niesamowicie. Zawsze wytykał błędy i mówił, co mogłem zrobić źle. Za dobre rzeczy nigdy nie chwalił. To dzięki niemu jestem tu, gdzie jestem.

Porozmawiajmy trochę o Betisie. Ten sezon jest niesamowicie zaskakujący i udany. Siódme miejsce w La Liga, zakwalifikowanie się do europejskich pucharów i co najważniejsze wygrane derby z Sevillą. W czym tkwi recepta na sukces?
Jest wiele przyczyn. Wielu zawodników wywodzi się z projektu Heliópolis, który wprowadza młodych piłkarzy do pierwszego składu, czego najlepszym przykładem jest Álvaro Vadillo. Wszystko w całość scalił Pepe Mel. Jest z Betisem trzech lat, zna ten klub jak własną kieszeń, potrafi zmotywować, zawsze każe dać z siebie wszystko. Ma posłuch i szacunek. Gdy przemawia, wszyscy angażują się całościowo w mecz. Oczywiście mamy tez fantastycznych piłkarzy. Osobiście najbardziej podziwiam Beñata i Rubéna Castro. Ten pierwszy potrafi świetnie asystować, a drugi to wybitny snajper. Na nich staram się wzorować.

Miałeś okazję trenować z pierwszym zespołem i to kilka razy. Jak przeżycia?
To było niesamowite przeżycie, móc grać z kimś, na kogo zwracam szczególną uwagę. Zawsze marzyłem, by z nimi trenować i to się spełniło. Rozmawiałem trochę z Rubénem Castro oraz z José Cañasem i Irineyem. Było świetnie. Mieli ubaw z mojego nazwiska, nie potrafili go wymówić. [śmiech]

Ocierałeś się o pierwszy skład. Nie było szansy na debiut?
Była dwukrotnie. Przed Málagą i Espanyolem załapałem się na treningi przedmeczowe i istniała duża szansa, że zostanę powołany. Niestety trener Pepe Mel oddelegował mnie później na mecze juniorów…

Cała Hiszpanie żyje derbami Sewilli. Co jest ważniejsze dla Betisu? Derby Sewilli czy zakwalifikowanie się do europejskich pucharów?
To zależy. Dla Betisu każdy mecz jest ważny, w każdym chce się odnosić zwycięstwo. Derby są szczególne dla wychowanków, oni to rozumieją, czują najbardziej i chcą wygrywać. Jednak moim zdaniem europejskie puchary są chyba ważniejsze i lepiej smakują, tym bardziej, że Betis po raz pierwszy od dawna wyprzedził Sevillę w tabeli.

Jak wspominasz swoje Derbi Sevillano?
Pamiętam bardzo dobrze, w sumie zaliczyłem aż sześć. Pamiętam, że w pierwszych wygraliśmy 2:0 i strzeliłem gola. Bardzo ciekawe były trzecie, kiedy zremisowaliśmy 3:3, a ja ustrzeliłem hat-tricka. To był chyba najlepszy mecz, w jakim miałem okazję zagrać. Wszyscy bili mi brawa, gratulowali, dzwonili. niesamowite uczucie!

License

¡Olé! Magazyn - Numer 2/2013 Copyright © 2013 by ¡Olé! Magazyn. All Rights Reserved.

Feedback/Errata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *