Sukcesy z nutką niedosytu

Autor: Oskar Szumer

Hiszpanie nie tylko dobrze spisują się na boiskach Premier League, ale również potrafią osiągać sukcesy w roli menedżerów. W zakończonym w minionym miesiącu sezonie 12/13, Roberto Martínez i Rafa Benítez zdołali sięgnąć kolejno po Puchar Anglii z Wigan i Ligę Europy z Chelsea. Nie zmienia to jednak faktu, że mogą czuć spory niedosyt, biorąc pod uwagę pozostałe wyniki.

Rafa Benitez

Często mówi się, że puchary rządzą się swoimi prawami i przez to mają miejsce większe lub mniejsze niespodzianki. Kiedy ludzie zaczynają już wątpić, że pieniądze to nie wszystko w futbolu i potentaci po raz kolejny zdominują wszystkie rozgrywki, pojawiają się właśnie takie niesamowite postacie, jak Roberto Martínez, który utarł nosa swojemu imiennikowi, Manciniemu w finale Pucharu Anglii na Wembley. Wigan pokonało Manchester City 1:0 po bramce Bena Watsona w doliczonym czasie gry, co sprawiło, że najstarsze trofeum na świecie trafiło w ręce klubu, który w swoim mieście cieszy się mniejszym zainteresowaniem niż drużyna rugby, a największymi gwiazdami — jeśli w ogóle można użyć tego słowa — są piłkarze mający już najlepsze lata za sobą.

Rafa Benítez po nieco ponad dwuletniej przerwie powrócił na Wyspy Brytyjskie w listopadzie zeszłego roku, przyjmując propozycję pracy w Chelsea od Romana Abramowicza. Pomimo tego, że kibice mają mu wiele za złe, ponieważ nie do końca stanął na wysokości zadania, to był w stanie doprowadzić The Blues do finału Ligi Europy, a tam w dramatycznych okolicznościach pokonać Benficę. Tym samym, był to jego czwarty finał europejskiego pucharu i już aż trzeci triumf. Tylko piętnastu menedżerów w historii może pochwalić się podobnym osiągnięciem.

Puchary to nie wszystko

Chociaż w piłce nożnej chodzi o to, aby zdobywać trofea i dawać w ten sposób kibicom jak najwięcej powodów do radości, to dla hiszpańskich szkoleniowców miniona kampania nie była do końca udana. Roberto Martínez jak w każdym roku, pragnął przede wszystkim utrzymać Wigan w najwyższej klasie rozgrywkowej, a ta sztuka mu się nie powiodła. Perspektywa występów w Lidze Europy w przyszłym sezonie byłaby bardzo motywująca, gdyby nie fakt, że The Latics będą musieli pogodzić te rozgrywki z prawdopodobnie najbardziej wymagającą ligą na świecie pod względem wysiłku fizycznego, a mianowicie Championship. 46 meczów ligowych, rywalizacja o Tarczę Dobroczynności, Liga Europy oraz angielskie puchary sprawiają, że nie będzie łatwo być zawodnikiem Wigan w następnych miesiącach. Martínez po przegranym meczu z Arsenalem, czyli tym, w którym jasne się stało, że Wigan spadnie z ligi, przyznał, że degradacja jest rozczarowująca i podkreślił również, iż ponowne odbicie się od dna jest możliwe. „To ciężki dzień dla klubu. Musimy wyciągnąć pozytywy i skupić się na przyszłości. Będziemy mieli zamiar się odbić, tak jak to miało miejsce zazwyczaj w Wigan” — powiedział.

Na zupełnie odwrotnym biegunie znajduje się Chelsea, która przed sezonem oczekiwała powrotu na mistrzowski tron. Gdy na Stamford Bridge ogłoszono nowym menedżerem Rafę Beníteza, cel ten był jeszcze teoretycznie w zasięgu, jednak trudne początki Hiszpana w klubie spowodowały, że szybko skupiono się na zajęciu miejsca w pierwszej czwórce, aby nie wypaść z piłkarskiej elity, jaką jest Liga Mistrzów. Przegrany finał Klubowych Mistrzostw Świata, odpadnięcie w półfinałach Pucharu Ligi i Pucharu Anglii oraz praktycznie do końca niepewna sytuacja w Premier League sprawiły, że wszyscy fani Chelsea tylko czekali aż sezon się skończy, a 53-latek w końcu opuści stanowisko menedżera.

Jednak Benítez wciąż miał jednego małego asa w rękawie w postaci dobrej postawy w Lidze Europy. Co prawda The Blues nie grali porywająco, ale konsekwentnie przechodzili do następnych etapów, co zaowocowało ostatecznym triumfem. Mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna, nieprawdaż?

Komfort pracy i jego brak

Tak jak odmienne były wyznaczone cele Wigan i Chelsea, tak jeszcze większy kontrast mogliśmy zauważyć w komforcie pracy obu panów. Dave Whelan, właściciel The Latics już przed rozpoczęciem rozgrywek zapowiedział, że Martínez może być spokojny o swoją posadę nawet w przypadku spadku. Benítez zaś od początku był przedstawiany jako zaledwie tymczasowy menedżer, a to nie dodawało mu pewności siebie. Na fanów również nie mógł liczyć, ponieważ na Stamford Bridge częstym widokiem były transparenty z napisem „Rafa OUT”. Wszystko przez niespecjalnie przychylną dla kibiców The Blues przeszłość Beníteza, w której wielokrotnie negatywnie wypowiadał się o Chelsea, będąc trenerem Liverpoolu. W odróżnieniu od Martíneza w Wigan, Rafa nigdy nie był uważany za człowieka, którego pragnie uściskać przeciętny kibic.

Brak komfortu pracy często jest równoznaczny ze zwiększającą się presją wyników, zwłaszcza w tak specyficznym klubie jak Chelsea. Benítez nie do końca z tym sobie radził, przez co kumulacja jego złości nastąpiła po wygranym meczu z Middlesbrough w Pucharze Anglii. Skrytykował wówczas wcześniej wspomnianych negatywnie nastawionych fanów i fakt, że został mianowany szkoleniowcem „tymczasowym”.

„Wygrałem Ligę Mistrzów i zdobyłem wiele innych trofeów, a jednak kibice wciąż przygotowywali materiały wyrażające sprzeciw wobec mojej osoby. To strata czasu” — powiedział lekko rozwścieczony. „Nie spodziewałem się, że zostanę trenerem tymczasowym, ale ktoś zdecydował, że tak będzie wyglądała nasza współpraca. Moim zdaniem był to błąd”.

Spodziewano się, że Benítez nie dotrwa nawet do końca sezonu, ale widocznie działacze Chelsea słusznie stwierdzili, że kolejna zmiana menedżera nie przyniesie większych efektów i pozostawienie na stanowisku, co by nie mówić, doświadczonego szkoleniowca, jakim jest bez wątpienia Benítez, powinno przynieść jakieś korzyści, nawet jeśli skończyło się to „zaledwie” zwycięstwem w często lekceważonej przez większe kluby, Lidze Europy.

Czas iść naprzód

ROBERTO MARTÍNEZ

Nutka niedosytu w sukcesach obu Hiszpanów w pucharach nie przeszkodziła jednak innym klubom zainteresować sie ich usługami. Benitez, jak wiadomo, juz wcześniej zapowiedział, że po sezonie opuści niebieską część Londynu. Zmiany miejsca pracy mogliśmy spodziewać się również u Martineza, choć ten nie dawał tego aż tak bardzo do zrozumienia mediom. Tak czy inaczej, scenariusz mówiący o zastąpieniu przez niego Davida Moyesa na Goodison Park sprawdził się, co jest jasnym sygnałem dla Roberto, iż poczynił pierwszy krok naprzód.

Jego poprzednik, obecnie borykający się z presją sukcesu na Old Trafford, był ulubieńcem nie tylko fanów Evertonu, ale nie przełożyło się to na żadne trofeum. Ba, Moyes był jedynym menedżerem w historii Evertonu, który nie wygrał ani razu na Anfield w derbach Merseyside. Jednak przez cały okres swojej pracy zapewniał stabilność, której tak pragnie każdy klub. Martinez posiada ciekawą filozofię, opierającą się na ładnym stylu gry, a jego ambicje sięgają wysokich celów. Świadczą o tym słowa, które, być może pod wpływem okoliczności, ale ostatecznie wypowiedział do właściciela Evertonu, Billa Kenwrighta w pierwszych chwilach po dołączeniu do nowego klubu — „Zaprowadzę cię do Ligi Mistrzów”.

Ze względu na zdecydowanie bardziej uznane nazwisko i nie tylko, jeszcze ciekawszą propozycję otrzymał Rafa Benitez. Chodzi o Napoli, które w zeszłym sezonie prawie do końca walczyło o mistrzowski tytuł z Juventusem i zapewniło sobie miejsce w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Co ciekawe, Benitez może pochwalić się faktem, że został prawdopodobnie pierwszym szkoleniowcem na świecie ogłoszonym za pośrednictwem Twittera. Na taki niecodzienny pomysł wpadł prezes włoskiego klubu, Aurelio De Laurentiis, we wpisie powitalnym nazywając trenera „wielkim człowiekiem z międzynarodowym doświadczeniem”. Ciężko się z tym nie zgodzić i nie bądźmy zdziwieni, jeśli w przyszłym sezonie czarnym koniem Ligi Mistrzów będzie właśnie Napoli.

License

¡Olé! Magazyn - Numer 2/2013 Copyright © 2013 by ¡Olé! Magazyn. All Rights Reserved.

Feedback/Errata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *