Wojna Totalna

¡Olé! Magazyn

Autor: Piotr Dyga

Odchodząc z Madrytu, José Mourinho bardzo jasno wskazał główny powód takiej, a nie innej decyzji. Portugalczyk nie był w stanie znieść ciągłych ataków prasy, czuł się źle w hiszpańskim środowisku i potrzebował odpoczynku

Mourinho

Hiszpański rynek prasy sportowej jest rynkiem na skalę europejską bardzo specyficznym. Podwładni króla Juana Carlosa nie mają do dyspozycji tabloidów, nie mają „Faktu”, „The Sun” czy „Bilda”. W ich systemie medialnym miejsce goniących za tanią sensacją i niezawracających sobie głowy takimi szczegółami jak prawda tytułów zajmują dzienniki sportowe. Madryckie „Marca” i „As”, a także barcelońskie „Sport” i „Mundo Deportivo” poza spełnianiem funkcji czysto informacyjnych, muszą zawierać w sobie również trochę plotek, krzykliwych nagłówków i wyssanych z palca szokujących wiadomości. Inaczej nikt by gazet nie kupował. W kontekście rozmów o Mourinho specyfika hiszpańskiego rynku jest niezwykle ważna, bo pozwala całą sytuację osadzić w odpowiednim tle.

Mourinho, przychodząc do Madrytu, z całą pewnością zdawał sobie sprawę z konieczności zmierzenia się z mediami. Pracował już przecież w La Liga, znał specyfikę środowiska. Przez ostatnią dekadę zapewne dziesiątki razy ścierał się z dziennikarzami, był przez nich obrażany, sam ich obrażał, odmawiał rozmowy z niektórymi mediami, do innych sam przychodził z informacjami… Taki już los trenera w globalnej wiosce XXI wieku. Nie da się uciec przed mediami, więc trzeba nauczyć się z nimi żyć. Mourinho w Madrycie nigdy nie zaakceptował tej konieczności.

Długo nie musiał się dziennikarzami przejmować, bo po swojej stronie miał wyniki, poparcie prezesa i szatni. Gdy na początku drugiego roku pracy Mourinho w Madrycie Diego Torres, dziennikarz „El País” chełpiący się wybitnymi kontaktami w klubie z Santiago Bernabéu, poprosił José na konferencji prasowej o potwierdzenie informacji o tym, że Real zaniedbuje treningi ofensywne, trener nawet się nie zdenerwował. „Napisałeś, że masz dobre informacje o tym, że nie trenujemy ataku. Myślę, że skoro tak zrobiłeś, to musisz być pewny swoich źródeł To twoje pytanie nie ma sensu. Szkoda, że nie zadałeś go przez publikację” — odpowiedział Portugalczyk. Diego Torres nigdy nie przestał krytykować Mourinho. Jego teksty raz były bardziej wyważone, raz zupełnie oderwane od rzeczywistości, ale Hiszpan nigdy nie przekroczył granicy dobrego smaku. Z czasem jego komentarze zupełnie straciły na znaczeniu, bo ileż można czytać o tym samym? Mourinho kilka razy na konferencji prasowej irytował się z powodu dziwnych pytań redaktora „El País”, ale summa summarum sprawa była w pełni pod kontrolą. Tak samo, jak pod kontrolą były wybryki panów z „Punto Pelota”, który raz na tydzień wymyślali plotki, w które nikt nie wierzył. Szczytem absurdu była sytuacja z Siro Lópezem, któremu podczas emisji programu zupełnie przypadkowo zadzwonił telefon. Zapamiętały fan Deportivo po krótkiej rozmowie odłożył słuchawkę od ucha i grobowym głosem stwierdził, że właśnie odbył konwersację z wysoko postawionym działaczem Realu Madryt, który zdradził mu, że Mourinho odejdzie latem. Oczywiście nie odszedł.

The Special One grunt pod nogami tracić zaczął na początku sezonu 12/13. Po passie beznadziejnych wyników w lidze i nieprzekonujących meczach w Champions League ataki w mediach nasiliły się, a trener przestał na nie reagować ze spokojem. Najpierw pozwał do sądu Roberto Palomara, gwiazdę hiszpańskiego dziennikarstwa i redaktora „Marki”, za to, że ten porównał José do człowieka, który ma w zwyczaju uciekać z miejsca wypadku. Redaktor, zapytany o to, czy boi się przegranej, wybuchnął śmiechem. „Przecież ja to na pewno przegram, nie mam wątpliwości. Pozwał mnie facet, który wygrał ligę w czterech różnych krajach!” — żartował, ale później zdobył się również na komentarz w poważnym tonie. „Rozumiem, że to porównanie mogło zaboleć, rozumiem, że Mourinho mógł poczuć się obrażony, ale żyjemy w wolnym kraju i dobrze, że on mnie pozwał. Sędzia rozsądzi sprawę. Jeśli to było zniesławienie, to niech zatriumfuje sprawiedliwość”. Nikt nie ma wątpliwości, że Palomar przekroczył granicę dobrego smaku, ale z drugiej strony przekroczył ją nieznacznie. Dosadne porównania w tekstach publicystycznych nie są niczym nowym. Wtedy, we wrześniu 2012 roku, wydawało się, że ów pozew był raczej jednorazowym incydentem niż początkiem czegoś większego. Czas pokazał jednak, że Mourinho zdecydował się wkroczyć na wojenną ścieżkę.

Następnym aktem owej wojny był incydent z Antónem Meaną, dziennikarzem „Radio Marca”. Hiszpan, zapewne realizując nakreśloną przez redakcję politykę, na konferencjach prasowych zamiast pytać o sprawy bieżące, lubił drążyć tematy konfliktów, kłótni, przecieków i tak dalej. W grudniu zeszłego roku miarka się przebrała. Po radiowej audycji, w której dziennikarze „Marki” poinformowali świat o tym, że Silvino Louro, trener bramkarzy, podsłuchuje piłkarzy i donosi Mourinho o wszystkim, co dzieje się w szatni, José nie wytrzymał. Po konferencji prasowej zaprosił Meanę na prywatną rozmowę, która bardzo szybko przybrała niemal formę samosądu. Louro krzyczał, Mourinho od czasu do czasu dorzucał dwa grosze od siebie, a dziennikarz słuchał. Dowiedział się, że jest antymadridistą i antymourinhistą, usłyszał, że ma wydać swoje źródło przecieków z szatni. Dziennikarz się nie zgodził, a później całą sprawę opisał na antenie swojego radia. Nie wiadomo, ile w całej historii jest prawdy, ale do spotkania na pewno doszło, na pewno było też sporo krzyków. To był drugi akt wojny. Akt trzeci to już nie starcie z jednostkami, tylko właściwie oblężenie.

Mourinho posadził na ławce Ikera Casillasa, powiedział dziennikarzom, że zrobił tak, bo uważa Adána za gracza prezentującego lepszą formę, a potem dostał to, czego miał prawo się spodziewać. Każde hiszpańskie medium krytykowało trenera, niemal każdy komentator, niemal każdy felietonista atakował Portugalczyka. Jawne obrażanie kapitania drużyny i symbolu hiszpańskiej piłki to ryzykowna taktyka, ale Mourinho był zdecydowany, by iść na całość. Dlatego gdy parę tygodni później, już po sprowadzeniu Diego Lópeza, Fernando Burgos (prywatnie przyjaciel Ikera) zapytał na konferencji szkoleniowca o sytuację Casillasa, Jose wyciągnął kartkę i zaczął cytować wypowiedzi redaktora sprzed paru lat mówiące o tym, że żaden piłkarz nie ma prawa mieć zagwarantowanego miejsca w składzie Realu. Dla wielu to wydarzenie było symbolicznym poddaniem się Mourinho. Nie dlatego, że takie wyrywanie wypowiedzi z kontekstu jest zachowaniem niegodnym człowieka tego formatu, ale dlatego, ze trener to wszystko zaplanował. Przygotował się, by zaatakować konkretnego dziennikarza. Zadał sobie trud prześledzenia jego komentarzy, wyboru odpowiednich fragmentów. I po co to wszystko? Żeby poczuć się lepszym? Żeby go upokorzyć, a rykoszetem trafić też być może w Casillasa?

Były już trener Realu Madryt od dłuższego czasu przykry dla niego obowiązek rozmawiania z mediami cedował na Aitora Karankę. Czasami do sali konferencyjnej wysyłał też piłkarzy (najszerszym echem odbiło się zastąpienie trenera przez Sergio Ramosa przed rewanżem z Borussią). Sam dziennikarzy starał się unikać, zwłaszcza w ostatnim sezonie, kiedy jego relacje z redaktorami zostały rozognione licznymi mniejszymi lub większymi konfliktami. Odchodząc ze stolicy Hiszpanii, Portugalczyk stwierdził, że wśród uczestniczących w spotkaniu z nim dziennikarzy jest wielu, którzy go nienawidzą, a później dodał też, że w Anglii jest zupełnie inaczej, że tam jest kochany. Łatwo poczuć sympatię do udręczonego José. Łatwo wpisać się w chór krytykantów madryckich mediów. Łatwo też zapomnieć, że Portugalczyk nie jest żadnym wyjątkiem. Nie trzeba sięgać pamięcią daleko wstecz. Manuelowi Pellegriniego „Marca” i „As” zgotowały takie medialne piekło, że aż dziw bierze, że Chilijczyk wyszedł z tego zamieszania cało. Mourinho był krytykowany w znacznym stopniu za swoje zachowanie, za swoje błędy i za swoją arogancję. Inżynierowi dostało się właściwie za nic. Śmiało można założyć, że gdyby Portugalczyk był na miejscu Pellegriniego, to całą sytuację zniósłby o niebo gorzej.

W tym w końcowej fazie ogromnym konflikcie żadna ze stron nie może z czystym sumieniem powiedzieć, że jest bardziej pokrzywdzona od rywala. Mourinho nie zasługiwał na słowa, które czytał o sobie w mediach, nie zasługiwał na to, żeby dziennikarze śledzili jego rodzinę, umieszczali na okładkach zdjęcie jego syna. Media nie zasługiwały z kolei na to, by praktycznie od początku być traktowane jako narzędzie szatana. Trener nie starał się nawiązywać z redaktorami nici porozumienia, traktował ich jak środek do osiągnięcia celu.

Na koniec jeszcze jeden smaczek z dziejów trzyletniej wojny na linii przytłoczony Mourinho — znerwicowana prasa. 24 stycznia „Marca” opublikowała niesławny artykuł na temat rzekomego ultimatum piłkarzy domagających się odejścia Mourinho. Artykuł wzbudził medialną burzę i, jak się powszechnie sądzi, był kroplą, która przelała czarę goryczy i zmusiła José do podjęcia decyzji o odejściu. Współautorem tekstu jest Miguel Serrano, czyli dziennikarz, który słynie z tego, że pisze artykuły na zlecenie Realu Madryt. Ten były ultras Los Blancos odpowiada za masę kontrolowanych przecieków z klubu do mediów. Jaki interes mieli Los Merengues w podkopywaniu autorytetu trenera? To był test? Badanie nastrojów wśród kibiców? Nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę. Pewne jest tylko jedno: hiszpańska szara strefa na granicy futbolu i świata mediów jest miejscem tak niebezpiecznym, że nawet doświadczonemu i pewnemu siebie wiarusowi nie udało się jej ujarzmić.

License

¡Olé! Magazyn - Numer 2/2013 Copyright © 2013 by ¡Olé! Magazyn. All Rights Reserved.

Feedback/Errata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *